Współczesny człowiek z niezwykłą łatwością zachwyca się wszystkim, co odnosi się do dawnej mądrości. Kupuje adaptogeny zamknięte w minimalistycznych opakowaniach, słucha podcastów o regulacji układu nerwowego, uczy się oddychania, odkrywa znaczenie sezonowości, fermentowanych produktów, rytmu dobowego, kontaktu z naturą i ciepłych posiłków. Coraz częściej mówi również o Ajurwedzie – najstarszym zachowanym systemie medycyny świata – jak o czymś egzotycznym, niemal mistycznym, pochodzącym z odległej kultury i opisującym życie, do którego współczesny Zachód dopiero zaczyna dojrzewać.
A przecież znaczna część tego, co dziś budzi fascynację pod nazwą Ayurveda, jeszcze stosunkowo niedawno stanowiła również naturalny rytm życia w Europie Środkowo-Wschodniej. Nasze babki wiedziały na jej temat o wiele więcej niż my, choć to właśnie my mamy dostęp do niezliczonej ilości książek i inspiracji.
Nasze babcie często mówiły dokładnie to samo co ajurweda, tylko nieco innym językiem. Bo owszem, nie używały terminu agni (jako ogień trawienny), niezmienniejednak podkreślały, że człowiek codziennie powinien zjeść coś ciepłego. Owszem nie znały pojęcia dinacharyi, opisującej codzienny rytm wspierający zdrowie i równowagę organizmu, bo się nie naczytały tych wszystkich mądrych książek co my, ale większość życia funkcjonowały według powtarzalnych cykli pór roku, pracy, odpoczynku i sezonowości. Nie używały też oczywiście języka psychologii ani pojęcia „regulacji układu nerwowego”, o którym opowiada nam obecnie co druga rolka na Instagramie, a jednak rozumiały znaczenie wspólnoty, siedzenia razem przy stole, ciszy wieczoru, herbaty z lipy, rosołu gotowanego godzinami czy odpoczynku podczas choroby.
I co najważniejsze w tym wszystkim – rozumiały i stosowały. Bo my rozumiemy wiele, niekoniecznie jednak wykorzystujemy to w życiu.
Paradoks współczesności polega bowiem na tym, że nigdy wcześniej nie wiedzieliśmy tak wiele o zdrowiu, a jednocześnie tak rzadko żyliśmy w sposób, który temu zdrowiu sprzyja. Czytamy o układzie nerwowym, słuchamy podcastów poświęconych stresowi, inwestujemy w suplementy, aplikacje monitorujące sen i kolejne strategie poprawiania jakości życia, podczas gdy coraz więcej osób doświadcza poczucia przeciążenia, braku sensu i trudnego do nazwania oddalenia od samych siebie.
Nie chodzi oczywiście o romantyzowanie przeszłości. Dawne życie było niewyobrażalnie ciężkie, pełne fizycznej pracy, biedy i ograniczeń. Pamiętajmy o tym, że Wsi spokojna, wsi wesoła! nad którą tak rozczulał się Kochanowski to była wieś widziana JEGO oczami. Jako osoby uprzywilejowanej, wykształconej, bogatej. I że na ten jego „spokój” pracowali w pocie czoła chłopi.
Współczesny człowiek, jeżeli jest w pełni świadomy tego, jak to wyglądało, słusznie nie chce wracać do wielu dawnych realiów. Problem polega jednak na czymś innym, na zwyczajnej ucieczce w skrajności, bo wraz z rozwojem technologii i wzrostem komfortu utraciliśmy ogromną część codziennych praktyk, które przez setki lat uspokajały ciało i psychikę człowieka.
Niewykluczone, że przyszłe pokolenia będą patrzeć na nasze czasy z takim samym zdumieniem, z jakim my patrzymy dziś na dawne praktyki lecznicze. Być może trudno będzie im zrozumieć, dlaczego my, jako ludzie otoczeni nieskończoną ilością wiedzy o zdrowiu, psychice i funkcjonowaniu organizmu żyliśmy jednocześnie w stanie tak ogromnego zmęczenia i przebodźcowania.
Filozof Byung-Chul Han zauważył, że charakterystycznymi chorobami XXI wieku nie są już infekcje, lecz stany przeciążenia. Depresja, wypalenie, zaburzenia lękowe czy chroniczne zmęczenie nie wynikają z działania zewnętrznego wroga, lecz z nadmiaru. Z nadmiaru bodźców, informacji, możliwości i oczekiwań. W tym sensie współczesny człowiek przypomina organizm nieustannie pobudzany, lecz rzadko regenerowany.
Ajurweda wyrasta z uważnej obserwacji natury. Podobnie zresztą jak większość dawnych tradycji opartych na życiu blisko ziemi i rytmu pór roku. Człowiek przez większą część swojej historii nie funkcjonował w oderwaniu od cykliczności świata. Jadł inaczej zimą niż latem. Spał i pracował tak, jak pozwalała na to długość dnia. Rozumiał, że ciało reaguje na pogodę, temperaturę, wilgotność, porę roku i rodzaj pożywienia. Wiedział również, że zdrowie nie jest wyłącznie brakiem choroby, lecz pewnym stanem harmonii pomiędzy organizmem a otoczeniem.
Współczesna kultura coraz częściej próbuje odzyskać tę utraconą intuicję, choć robi to językiem nauki, neurobiologii i psychologii. To, co dawniej było oczywistością, dziś wymaga badań klinicznych, certyfikatów i eksperckich wyjaśnień. Potrzebujemy publikacji naukowych, by uwierzyć, że samotność szkodzi zdrowiu, że rytm dobowy wpływa na gospodarkę hormonalną, że chroniczny stres rozwala układ nerwowy, a sposób jedzenia oddziałuje na psychikę. Tymczasem tradycyjne kultury wiedziały to intuicyjnie, ponieważ obserwowały człowieka i widziały go jako część większego porządku natury.
Właśnie dlatego Ajurweda tak silnie podkreśla znaczenie rytmu. W tekstach klasycznych zdrowie nie jest rozumiane jedynie jako sprawność organizmu, ale jako stan wewnętrznej równowagi pomiędzy ciałem, zmysłami, umysłem i świadomością. Charaka Samhita opisuje zdrowie jako harmonię procesów fizjologicznych, prawidłowe trawienie, równowagę tkanek oraz spokój umysłu i zmysłów. W tym ujęciu człowiek nie może być zdrowy, jeśli żyje całkowicie wbrew naturze własnego organizmu.
I być może właśnie tutaj znajduje się jeden z najważniejszych problemów współczesności.
Żyjemy bowiem w kulturze niemal całkowicie oderwanej od biologicznego rytmu człowieka. Jemy o przypadkowych porach, funkcjonujemy w sztucznym świetle, pracujemy w ciągłym pobudzeniu układu nerwowego, śpimy zbyt krótko, odpoczywać nie umiemy, a cisza to chyba tylko za karę. W efekcie ogromna część ludzi żyje dziś w stanie chronicznego przeciążenia, które z perspektywy Ajurwedy można byłoby opisać jako zaburzenie vaty – energii związanej z ruchem, zmiennością, układem nerwowym i przepływem informacji. Wszystko porusza się szybciej niż kiedykolwiek wcześniej. Szybciej podróżujemy, szybciej komunikujemy się ze światem, szybciej konsumujemy wiedzę, szybciej reagujemy. Nie oznacza to jednak, że równie szybko potrafimy przetwarzać doświadczenie.
Nieprzypadkowo więc współczesny człowiek tęskni za ciepłem, za domowym jedzeniem, za powtarzalnością. Za prostymi rytuałami codzienności i obiadem u babci. Za rozmową przy stole. Za herbatą pitą powoli, ze wszystkimi, a nie w biegu i na jednej nodze. Za obecnością innych ludzi. Za sezonowością. Za poczuciem zakorzenienia w czasie i miejscu.
To, co dziś często określa się mianem slow living i przedstawia się jako luksus, na który możesz sobie pozwolić w weekend, gdy przyjedziesz na mikro wakacje do znanego kurortu, przez większą część historii było po prostu życiem.
Być może dlatego Ajurweda tak mocno ostatnio interesuje ludzi Zachodu. Bo tak naprawdę nie wprowadza niczego nowego, oprócz tego, że z nazwy jest egzotyczna i operuje nieznanymi w naszym języku pojęciami. Cały sekret w tym, że przypomina nam coś głęboko znajomego i coś za czym nieświadomie tęsknimy. Nie jest ścieżką udoskonalenia i stawania się lepszą wersją siebie, tylko (tak samo jak joga), zaprasza do POWROTU DO SIEBIE.
W gruncie rzeczy różne tradycje, żyjące blisko natury, dochodziły często do bardzo podobnych obserwacji. Człowiek potrzebuje ciepła, rytmu, wspólnoty, odpoczynku i życia w większym połączeniu z naturą. Potrzebuje również poczucia sensu oraz doświadczenia, że nie jest wyłącznie jednostką produkującą i konsumującą, lecz częścią większego porządku życia.
Dlatego osoby przyjeżdżające na warsztaty jogi coraz rzadziej szukają po prostu możliwości poruszania się czy kolejnej porcji wiedzy. Bo wiedzy jako w formie suchej teorii mamy już zwykle pod dostatkiem. Wiemy, że stres szkodzi zdrowiu, że powinniśmy więcej odpoczywać. Wiemy, że sen jest ważny i że telefon przy łóżku to kiepski pomysł. Problem w tym, że sama wiedza niczego tu nie zmieni.
Człowiek nie odzyskuje rytmu dlatego, że przeczytał o rytmie. Nie odnajduje spokoju dlatego, że przeczytał książkę o spokoju. Nie buduje relacji z własnym ciałem poprzez kolejne artykuły o ciele. Pewne rzeczy muszą zostać przeżyte, odczute i ucieleśnione, zanim staną się częścią codzienności.
Być może właśnie dlatego od lat organizuję warsztaty i kursy, podczas których RYTM, powtarzalność, medytacja, oddech, mantra są podstawą każdego dnia. Efekt jest zauważalny bardzo szybko. Odzyskujemy dzięki temu pewną jakość, którą różne tradycje świata rozpoznawały od dawna, niezależnie od szerokości geograficznej.
Filozofia jogi mówi o tym, że wszystko powstało z rytmu. Jeśli więc tak jest, to absolutnie nie potrzebujemy kolejnej metody na lepsze życie. Zamiast tego potrzebujemy przede wszystkim przypomnieć sobie rytm, który jest dla człowieka czymś równie naturalnym i ważnym jak oddech.
A jeśli myślisz o Kursach Nauczycielskich…
to bardzo serdecznie zapraszam na:
Pranayama – techniki oddechowe
Kurs ten, zatwierdzony i certyfikowany przez prestiżową organizację Yoga Alliance – zakończony międzynarodowym certyfikatem potwierdzającym 50 h szkolenia (Yoga Alliance Continuing Education 50h).
Pranayama jest POTĘŻNYM NARZĘDZIEM, które MUSI być nauczane pod okiem doświadczonego nauczyciela. Może regulować, ale może też rozregulować, jeśli jest źle dobrana.
Ten kurs łączy
– klasyczne podejście do jogi
– współczesną wiedzę o układzie nerwowym i fizjologii
– praktykę opartą na prawie 15 letnim doświadczeniu w nauczaniu

Nie przegap moich kursów nauczycielskich
Po ukończeniu kursu otrzymasz certyfikat (Registered Yoga Teacher 200h/300h) akredytowany przez Yoga Alliance – największą i najbardziej rozpoznawalną organizację zrzeszającą nauczycieli jogi na świecie.
Ten certyfikat to międzynarodowy dyplom, uznawany przez szkoły, studia i organizacje jogowe na całym świecie.

