Jakiś czas temu pytałam Was na Fecebooku i Instagramie, co sądzicie o tym, by pojawił się “III sezon” Maratonu Minimalisty? Szczerze mówiąc, nie spodziewałam się aż tak entuzjastycznej reakcji!

Dlatego nie pozostaje mi nic innego, jak tylko zacząć działać :)

Co to jest ten Maraton Minimalisty?

Maraton Minimalisty to cykl wpisów, który narodził się na blogu wiosną 2015 roku (swoją drogą – ciekawe, czy ktoś pamięta te czasy?). Składał się z 52 kroków, czyli 52 wpisów, które pojawiały się na blogu co tydzień. Cały cykl trwał nieco ponad rok, bo kilka razy zdarzyła mi się obsuwa i post pojawił się po dwóch tygodniach. Jestem tylko człowiekiem, to się zdarza.

Gdy na blogu pojawił się ostatni, 52. krok, dostałam od Was mnóstwo maili i wiadomości z pytaniem, czy będzie kontynuacja? Albo: czy nie myślałam o publikacji całości w formie książki?

Nie chciałam tego robić, bo wyszłam z założenia, że skoro wszystko jest za darmo dostępne na blogu, to nie widzę sensu, by ktoś musiał za to płacić, jeśli zdecyduje się na wersję papierową.

Cały “I sezon” wciąż jest na blogu, o tutaj:

zobacz Maraton Minimalisty I >>>

I ten Maraton przeżywa swoją drugą młodość wraz z każdym kolejnym styczniem. Zwykle wtedy piszecie, że od teraz zamierzacie czytać jeden rozdział co tydzień. I niektórym z Was faktycznie się to udaje :)

Kontynuacja w formie książki

Zwykle tak jest, że jeśli jakaś myśl się pojawi, to prędzej czy później znajduje swoje odbicie w rzeczywistości. Tak było i tym razem – pytaliście o książkę z Maratonem, więc gdy zgłosiło się do mnie jedno z wydawnictw z pytaniem, czy chciałabym coś razem z nimi wydać, miałam gotową odpowiedź.

Wtedy właśnie postanowiłam napisać II część Maratonu Minimalisty, czyli nowe 52 kroki, który ukazał się w pod koniec 2017 roku w formie papierowej. I nosił tytuł Miej Umiar.

Tutaj możesz przeczytać więcej na temat książki >>>

O czym będzie tym razem?

Nowe 52 kroki, czyli III sezon Maratonu ;) będą takimi moimi kawałkami prawdy o życiu. I tutaj kluczowe jest właśnie to słowo: moimi. Nie chciałabym za ich pomocom wchodzić komuś w życie w brudnych butach, ani narzucać, jak powinien postąpić w danej sytuacji.

To raczej taki zlepek doświadczeń, przemyśleń, inspiracji. Suma doświadczeń, których dostarczyło mi życie i zbiór lekcji, których dostarczają ludzie, których spotykam na swojej drodze. I nie, niekoniecznie mam tu na myśli wielkich mówców czy nauczycieli – bo nauczycielem jest tak naprawdę każda napotkana osoba i każda przeżyta sytuacja. To właśnie suma tych drobnostek składa się na to, jacy jesteśmy.

Dla mnie wszystkie te wpisy z I i II części Maratonu (i nie tylko), są ogromną lekcją… siebie. Uwierzcie, że czasem gdy czytam swoje stare wpisy, to łapię się za głowę i nie dowierzam. Ja ja mogłam kiedyś tak myśleć? Co ja miałam w głowie?

Kiedyś nawet przyszedł mi do głowy pomysł, by te z którymi się nie do końca zgadzam – przeredagować. A te których zupełnie już nie czuję – usunąć. Jednak postanowiłam tego nie robić. To dowód na to, że taka właśnie byłam, w ten sposób myślałam i to mnie w ówczesnym okresie fascynowało i przyświecało moim działaniom.

Wszyscy się zmieniamy, na tym polega rozwój, jak mówią: tylko krowa nie zmienia poglądów. Choć i z tym bym się obecnie nie zgodziła, w końcu krowy to takie mądre zwierzęta.

Dlaczego 52 kroki?

Dlatego, że taka forma sprawdziła się wcześniej. Lubiliście I część Maratonu (siłą rzeczy mam dostęp do statystyk ;). Wraz z nadejściem stycznia, widzę że wiele osób wraca również do Miej umiar, czyli II części.

Dla mnie taka wersja również jest najlepsza, bo… po prostu wierzę w tę metodę. Jakoś tak całą sobą czuję, że to te najmniejsze zmiany, wykonywane we własnym tempie z własnej woli, przynoszą najlepsze rezultaty. To właśnie one zawsze wnoszą  w moje życie pozytywną energię a nie poczucie obowiązku. Zmiany były teoretycznie nic nie znaczące, jednak potrafiły zaprowadzić do niewyobrażalnych efektów.

Zamiast wywracać życie do góry nogami, wolę robić wszystko stopniowo, tak, by weszło w nawyk.

Robiłam wiele eksperymentów, próbowałam różnych metod, jednak jedna rzecz pozostała niezmienna – jeśli tylko czułam, że coś nie jest dla mnie, nie trzymałam się tego kurczowo, próbowałam znaleźć dla siebie coś innego. Jeżeli więc zdecydujecie się na ten 52-dniowy Maraton, polecam kierować się podobną zasadą. Modyfikuj, zmieniaj, porzucaj, pozostawaj jak najbardziej sobą.

Podawane przeze mnie kroki, to nie jest wyznaczona droga prowadząca do zmiany i ulepszenia swojego życia. Nie jest to przepis na sukces, gotowy do zaaplikowania bez zbędnego myślenia. To raczej metoda stymulująca poszerzenie horyzontów, zachęta do eksperymentowania i poszukiwania prawdziwego siebie.

Słowem wstępu

Słowem wstępu będzie fragment Miej umiar. Dzisiejszy wpis jest takim odcinkiem pilotowym, krokiem nr 0, dopiero za tydzień zaczniemy naszą zabawę na poważnie ;)

” Napisanie książki było moim marzeniem. Choć „marzenie” nie jest tutaj dobrym słowem. W przypadku marzeń dopuszczamy do siebie możliwość ich spełnienia. Ja książki nie spodziewałam się zupełnie.

Przed wydaniem tego, co trzymasz w dłoniach, zarówno na blogu, jak i poza blogiem, wielokrotnie padło pytanie: „Dlaczego nie napiszesz książki?”. Ale ja nie chciałam tego robić. Zawsze byłam zdania, że książki są dla tych, którzy mają coś do powiedzenia. Którzy przeżyli naprawdę wiele i znają odpowiedź na każde pytanie. Oraz że książki muszą nieść ze sobą konkretną misję, gdyż przeczytane i postawione na półce stanowią dla nas czasem punkt wyjścia, źródło wiedzy i inspiracji. Dziś przekonuję się, że odpowiedzi na wszystkie pytania nie poznamy nigdy, oraz że to, co dla jednych jest pytaniem, dla drugich staje się już wystarczającą odpowiedzią.

Jeden z moich promotorów na studiach zwykł mawiać, że tak naprawdę ludzkość wymyśliła, opisała i powiedziała już wszystko. Czy w związku z tym ma sens tworzenie czegokolwiek? Musi mieć! W końcu to jedna z tych niewielu cech, która wyróżnia nas, ludzi, w świecie ssaków. Chcemy tworzyć, chcemy dawać nowe, a nie tylko konsumować i walczyć o przetrwanie.

Nie szufladkuj, nie oceniaj. Przyjmuj, zamiast oczekiwać. Przyglądaj się, ciesz się chwilą, ale się nie przywiązuj. Rzeka jest piękna tylko wtedy, kiedy płynie wolno. Tak samo jak życie. Oczywiście i jedno, i drugie napotyka na przeszkody. Jednak mają wystarczająco dużo siły, aby sobie z nimi poradzić.

Wszystko, czego potrzebujesz, masz już w sobie. Już teraz jesteś całością. Nie musisz czekać na pozwolenie ani na specjalne okoliczności. Po prostu zacznij, reszta przyjdzie sama.”

Jak do tego podejść?

Te moje prawdy, które będą się tu pojawiać, mogą być różne. Jedne ci się spodobają, bo będą trochę takie jakby “twoje”, a inne niekoniecznie. Dlatego jedyna rzecz,  o którą chciałabym cie poprosić podczas czytania jest to, by nie oceniać. Zamiast stwierdzać na wstępie “to jest głupie!” albo “to jest mądre!” zostaw sobie raczej miejsce na taką rozmowę ze sobą.

Wiadomo, nikt z nas nie jest Dalajlamą, żeby patrzeć na świat bez żadnego swojego filtra, więc dość naturalne jet to, że czytając, jakoś się do tego ustosunkujesz. Ale jak już się ustosunkujesz, to zamiast stwierdzać “ale bagno, nie czytam!” albo “ale świetne, kupuję w całości!“, wybierz sobie raczej tę wersję polemiki ze sobą. Czyli zamiast dzielenia na białe i czarne, zobacz wszystkie odcienie szarości i pytaj siebie: dlaczego mi się to nie podoba? Co musiałoby się stać, by to zmienić? albo też: co sprawia, że dana metoda tak mnie fascynuje?

Pamiętaj, że często jest tak, że poglądy, które najbardziej nas irytują, są tak naprawdę najbliższe tej części naszej osoby, której nie możemy zaakceptować.

Negując zamykamy sobie więc drogę do jakiegokolwiek kroku na przód. Każda zmiana wynika z akceptacji tego, co jest.

 

I jeszcze jedno kluczowe pytanie – wolisz by kolejne kroki pojawiały się w niedzielę wieczorem, czy w poniedziałek rano? Daj proszę znać! :)

 

Nadchodzące warsztaty jogi:

Jeżeli spodobał Ci się wpis, to znajdź mnie proszę tutaj:

I dołącz do naszej Tajnej Grupy na Facebooku

Albo zapisz się do darmowego newslettera, aby otrzymywać dodatkowe materiały i treści.

 

No more articles
Close