Mam wrażenie, że przygotowanie tego posta zajęło mi jakieś 4 miliony lat świetlnych. I wcale nie chodzi o to, że tak długo go pisałam, bo nie. Prawda jest taka, że jak usiadałam, to stworzyłam go od początku do końca za jednym posiedzeniem (a przynajmniej taką mam nadzieję, bo przecież dopiero zaczynam pisać).

Bardziej mam na myśli to, jak wiele czasu zajęło mi PRZYGOTOWANIE do napisania tego posta. Dla mnie to była taka mentalna podróż przez… całe moje dorosłe życie. Jak by nie było – joga jest ze mną już od 10 lat. Szmat czasu. Bardzo wiele się zmieniło. Ja też mocno się zmieniłam.

O tym, że ten wpis powstanie, pisałam Wam już jakoś w październiku. Jednak dopiero teraz jakoś tak dorosłam do tej decyzji, zdobyłam się na otwartość na podzielenie się wzlotami i upadkami. Bo uwierzcie mi – nie jestem osobą, która lubi mówić o sobie. Nie, to nie jest tak, ja po prostu nienawidzę tego robić. Jednak wiem, że tym razem zrobię to w słusznej sprawie, bo zapewne są osoby, które są w którymś z podobnych miejsc i po prostu im to pomoże.

Piszę więc to sobie dzisiaj, w pewien wtorek, tuż przed nowiem Księżyca. Dziś czeka mnie jeszcze wieczorna medytacja na żywo z Wami. To będzie już ostatnia medytacja w tym trwającym (z małymi przerwami) od lutego cyklu. W piątek oficjalne otwarcie platformy Holistyczna Szkoła Jogi w Twoim Domu, do której dołączyć możesz tylko do czwartku do północy. Tak czuję jakby to było zakończenie pewnego okresu i rozpoczęcie zupełnie nowego.

I być może ten post ma być właśnie podsumowaniem tego etapu.

Krótki rys historyczny. A w sumie to bardziej tło.

Myślałam, jak by tu zacząć tę historię? Czy od pierwszej wizyty na zajęciach? Czy od pierwszego kontaktu z jogą?

I doszłam do wniosku, że to za mało, bo opowieść tak naprawdę rodzi się o wiele wcześniej i fizyczne pojawienie się na zajęciach było tylko jednym z kolejnych kroków.

Kwestią “bycia czymś więcej niż ciało” interesowałam się chyba od zawsze. I nigdy nie miałam wątpliwości co do tego, że świat jest zdecydowanie piękniejszy i bardziej złożony niż sama tylko biologia, chemia, fizyka. I że nie o wszystkim co się dzieje, decyduje grawitacja.

Przechodziłam przez najróżniejsze stadia. Od fascynacji Czarodziejką z Księżyca (z czego nie wyrosłam do dzisiaj). Przez feng shui (to też pozostało ze mną do teraz i myślę, że było jednym z czynników dotyczących wyboru studiów). Aż do… tego co jest teraz.

Poniżej Natalka na oko lat 4. Kwiaty we włosach, na szyi naszyjnik z kamieni, w ciele joga. Tak naprawdę NIC się nie zmieniło.

A dalej we wpisie – współczesne próby odtworzenia tego zdjęcia ;)

Ten pierwszy raz…

Jak wiecie, albo i nie, pochodzę z małego miasteczka, zamieszkiwanego przez 3000 osób. Czy tam była joga? No nie było. I przypuszczam, że nadal nie ma.

Do liceum chodziłam do miasta nieco większego, ale tam też niewiele się działo. Niemniej jednak był to dla mnie na pewno okres głębokich poszukiwań, które to doprowadziły mnie aż do założenia… zespołu rockowego, w którym byłam wokalistką. Coś mi od zawsze mówiło, że powinnam pracować głosem, ale nie do końca wiedziałam – w jaki sposób?

Byłam na mat-fizie i do końca nie mogłam zrozumieć, jak to możliwe, że nauczyciele mogą tak bardzo zabić pasję w człowieku. Serio, przed pójściem do liceum kochałam matematykę, fizykę… ale czar prysł. Wtedy się wkurzałam, dziś myślę, że to było po coś.

Potem przyszedł czas na wybór studiów. Tak jak pisałam, to feng shui odezwało się po latach. Stwierdziłam więc, że co tam, planowanie domów to pikuś, zaplanujmy więc MIASTA.

I tak zaczęła się moja przygoda z wydziałem architektury we Wrocławiu, gdzie zaczęłam studiować Planowanie Przestrzenne. Czyli taka urbanistyka z domieszką ekonomii, socjologii itp.

Było bardzo spoko. Same studia wspominam bajecznie, wybawiłam i wyimprezowałam jak nigdy. Wcale tego nie ukrywam – weekend na studiach zaczynał mi się w czwartek i kończył w poniedziałek nad ranem. Działo się dużo i szybko, ale ja po prostu miałam taką potrzebę, żeby tak właśnie było.

Było wiele rzeczy, przed którymi chciałam uciec i je zagłuszyć.

W pewnym momencie imprezowe sielankowe życie też okazało się zbyt małym zagłuszaczem, więc postanowiłam sięgnąć po… więcej pracy. I rozpocząć drugi kierunek studiów.

W ten oto sposób łączyłam sobie III rok Planowania Przestrzennego z I rokiem… Architektury. I to był ten czas w którym marzyłam, że będę projektowała maleńkie domki na górskich zboczach albo nad brzegiem morza. Jednak ta gałąź, mam wrażenie, rozwija się dopiero teraz a nie wtedy, kiedy studiowałam.

Swoją drogą – wiecie, że moim projektem inżynierskim była szkoła jogi? A magisterskim centrum spa i holistycznego leczenia z jogą oczywiście?

No dobra, ale co z tym pierwszym razem?

Przejdźmy więc wreszcie do tego pierwszego razu na jodze. Otóż… trafiłam tam PRZYPADKIEM.

Serio, serio. Choć wszyscy wiemy, że nie ma przypadków, to moja pierwsza joga w życiu na prawdę nie była planowana.

To był właśnie ten III czy IV rok studiów i wieczne przekonanie, że wyglądam źle. Aktualnie trochę ciężko mi to ogarnąć, ale wtedy uważałam, że jestem GRUBA. I to w sumie może być temat na inny post – jak i skąd pojawiła się u mnie akceptacja ciała – o ile oczywiście będziecie zainteresowani. Dajcie znać.

Idąc jednak za tym, że byłam w moim rozumowaniu gruba i wyglądałam źle – próbowałam różnych rzeczy: była siłownia, crossfit, basen, aerobik, zumba, stepy… no różne różności, którymi żonglowałam jak w kalejdoskopie, bo nic mnie w sumie nie trzymało na dłużej. Ale na coś TRZEBA BYŁO chodzić, żeby grubą nie być. Fuckin logick.

Tego właśnie pięknego dnia… szłam na zumbę, ale pomyliłam sale i wylądowałam na JODZE.

I tutaj zostałam trafiona strzałą Amora. Posypały się gromy, niebiosa się otwarły i usłyszałam “No wreszcie, tutaj jest coś dla Ciebie!”.

A tak serio to nie umiem tego sensownie opisać, ale w tym “przypadkowym miejscu” siedząc na macie wiedziałam, że to jest coś, co chcę w życiu robić. To przyszło zupełnie nagle, znikąd, ale już wtedy wiedziałam, że będę uczyć. I to był początek romansu, który trwa do dziś.

Stojąc na rozdrożu

Tak to się właśnie zaczęło. Jednak sporo wody w Wiśle musiało upłynąć, żeby nabrało to jakichś realnych kształtów.

Skończyłam pierwsze studia, dochodząc jednak do wniosku, że to nie jest to, co chciałabym robić w życiu.

Kontynuowałam więc architekturę, bo cały czas miałam w tyle głowy, że zawód to trzeba mieć porządny a nie jakaś tam joga. Urozmaicałam to sobie jak mogłam – łącznie z wyjazdem na studia do Hiszpanii.

A joga przez cały ten czas, od tego pamiętnego pierwszego razu, działa się równolegle.

I taką scenę też dokładnie pamiętam: złożyłam wszystkie papiery na ten wyjazd do Hiszpanii (oceny, portfolio, testy językowe – bo chciałam studiować po hiszpańsku w grupie normalnej a nie tej dla przyjezdnych), czekałam na wyniki czy mnie tam chcą czy nie. Stresowałam się tym, wiadomo. I tu właśnie miałam taki przebłysk – siedziałam sobie na macie w szkole i coś mi mówiło, że przecież mam tutaj jogę, mam wszystko i wcale nie muszę nigdzie gonić. Jednak wtedy jeszcze nie posłuchałam.

Uczyłam, ale nie jogi

Po powrocie z Hiszpanii byłam na IV roku, czyli przy projekcie inżynierskim. Przed i w trakcie tego zagranicznego studiowania opanowałam perfekcyjnie język, dlatego postanowiłam uczyć. Zrobiłam dyplom uprawniający mnie do tego i ruszyłam z tematem.

Zleceń było bardzo dużo. Przez pewien czas pracowałam nawet dla jednej z największych korporacji ucząc pracowników hiszpańskiego. Zajęcia odbywały się przed lub po ich pracy, czyli jakoś o 6:30 albo późnym wieczorem.

Joga cały czas się działa w tym wszystkim i to do tego stopnia, że na zajęcia potrafiłam chodzić… nawet 2 razy dziennie. Często więc mój dzień wyglądał tak, że wychodziłam z domu o świcie, wracałam gdy było już ciemno. Po drodze zaliczając zajęcia hiszpańskiego, uczelnię i 2 jogi.

I to był czas przewartościowania numer 1 – po raz pierwszy dotarło do mnie, że pracowanie DUŻO wcale nie oznacza, że ma się dużo pieniędzy. Oznacza jedynie, że nie ma się czasu. Dlatego odrobinę zmieniłam podejście i postawiłam bardziej na pracę na własny rachunek.

Jednak od tego momentu do otwarcia się na obfitość minęło jeszcze sporo czasu.

Bo nie miałam pieniędzy na kurs

Mniej więcej w tym czasie rozpoczęłam też praktyki zawodowe i były to praktyki NA BUDOWIE. Wyobrażacie sobie mnie na budowie?

No ja też nie. Ale wtedy była to normalna kolej rzeczy, a te praktyki były konieczne przed obroną dyplomu. Dlatego też siedziałam w kontenerze. dłubałam w Excelu, chodziłam w kasku po budowie. Nie podobało mi się to ani przez chwilę, ale wydawało mi się, że tak właśnie wygląda dorosłe życie.

Pewnego pięknego dnia szłam po budowie i próbowałam wyminąć jednego z panów, który tłumaczył coś drugiemu, gestykulując przy tym tak żywo, jakby był w Południa. Pech chciał, że trzymał w dłoni jakiś klucz francuski. A jeszcze większy pech chciał, że pojawiłam się właśnie w tym miejscu i dostałam tym kluczem prosto w nos.

Na szczęście nie było złamania, jednak to bardzo fizycznie dało mi znać, że czas wreszcie coś z tym zrobić.

Zaczęłam wtedy szukać kursów nauczycielskich jogi i… totalnie się załamałam. Jak zobaczyłam te ceny, wiedziałam, że jest to dla mnie coś zupełnie nie do przeskoczenia. Poza tym wędrowałam po forach, czytałam opinie i komentarze. Ludzie pisali tam, jak ciężko jest być nauczycielem i wiązać koniec z końcem.

Jednak to mnie nie odstraszyło.

Niemniej jednak nie byłam w stanie zorganizować tych kilku tysięcy, które umożliwiłyby mi udział w kursie. Wiecie, teraz też są inne realia, ale na tamte czasy te jakieś 8.000 zł to były naprawdę ogromne pieniądze dla mnie. Po pierwsze wartość pieniądza była inna, po drugie byłam tylko studentką dorabiającą sobie przy uczeniu hiszpańskiego. I robieniu małych fuch projektowych, ale z tego pieniądze były jeszcze gorsze. Nie miałam żadnych oszczędności ani możliwości zarabiania więcej przy studiowaniu dziennym.

Ale doszłam do wniosku, że lepiej zrobić coś niż nic. Postanowiłam więc zrobić kurs instruktorski zamiast nauczycielskiego, bo był po prostu zdecydowanie tańszy. Wiedzy na nim nie było za wiele, więc z perspektywy czasu nie polecam, jednak dla mnie było to wtedy jedyne dostępne rozwiązanie.

Wciąż jedną nogą w czymś innym

Jak to zwykle bywa, wiele rzeczy w naszym życiu dzieje się równolegle. Tak było i tym razem – zapisałam się na ten kurs instruktorski i gdzieś tam na równi z jego ukończeniem przyszła wiadomość, że dostałam się na studia magisterskie do… Danii.

Bo o tym nie wspomniałam, ale w międzyczasie znów dopadła mnie świadomość, że mam dość Wrocławia i chciałabym być gdzieś indziej. Dlatego postanowiłam, że studia magisterskie zrobię w innym kraju. Ale nie korzystałam z żadnych programów typu Erasmus, po prostu postanowiłam się samodzielnie zrekrutować.

Było z tym dużo zamieszania i w sumie nie spodziewałam się pozytywnej odpowiedzi, ale jednak okazało się, że się dostałam.

Miałam kilka miesięcy na to, by totalnie przeorganizować swoje życie i przenieść się na minimum 2 lata do innego kraju. A w sumie to MIELIŚMY, bo wtedy byłam już z moim obecnym mężem.

Decyzji było mnóstwo i bardzo długo je podejmowaliśmy. Tutaj mieliśmy już jako tako ułożone życie. Ja dopiero co zrobiłam ten dyplom instruktorski. Byłam już na studiach magisterskich (bo w Polsce architektura dzieli się na 3,5 roku + 1,5 roku, a w Danii to jest 3+2), więc na dzień dobry miałabym pół roku studiów do wywalenia. No i zamieniałam rok, który pozostał do obrony w Polsce, na 2 lata rozpoczynania na nowo w Danii.

Do tego ta joga – jak tu ją ugryźć, przecież dopiero co zrobiłam ten dyplom i chciałam uczyć?!

No i hiszpański, którego uczenie pokochałam nad życie, a uczniów z polecenia przybywało coraz więcej.

Zdecydowaliśmy jednak, że spróbujemy. Postawiliśmy wszystko na jedną kartę i wyjechaliśmy. O tym jak nam tam było, nie będę się rozpisywać, bo to totalnie nie jest temat tego wpisu.

Niemniej jednak to właśnie tam, w odległym, zimnym kraju, stawiałam swoje pierwsze kroki jako nauczyciel jogi.

Matki mojego Jutuba

Oczywiście nie zaczęłam uczyć od razu po przyjeździe. Pierwszych kilka miesięcy poświęciłam na zaaklimatyzowanie się, poznanie ludzi, uczelni itd.

Ale później po raz nie wiem już który spadło na mnie, że to jednak nie to. I że wolałabym uczyć.

Postanowiłam więc spróbować swoich sił. Wynajmowałam sobie salę w studiu jogi na określone godziny i szukałam osób, które chciałyby na te zajęcia przychodzić. Początkowo prowadziłam zajęcia w języku polskim, jednak to nie jest Anglia, w Danii (a przynajmniej na dalekiej północy, tam gdzie byliśmy), Polaków wcale nie ma tak dużo.

Dlatego postanowiłam przestawić się na język angielski. To zmieniło naprawdę sporo, na zajęcia zaczęli przychodzić ludzie z najróżniejszych narodowości. W tym Duńczycy, co zawsze fascynowało mnie najbardziej – przecież mogli chodzić na coś, co prowadzone jest po Duńsku.

Gdzieś mniej więcej w tym czasie zaczęłam prowadzić bloga – choć treści dotyczyły wtedy głównie minimalizmu, o jodze pisałam rzadko.

Dlaczego?

Dlatego, że kilka pierwszych prób pisania na ten temat kończyło się komentarzami w stylu “jak jako Polka i katoliczka możesz pisać TAKIE rzeczy?!”.

Uwierzcie mi, wiele się na tym polu zmieniło w ciągu ostatnich lat. A wtedy najzwyczajniej to nie był dobry czas na pisanie o jodze.

Gdzieś tutaj również powstał mój kanał na YouTube i sam pomysł jego założenia wypłynął właśnie od Polek przychodzących wtedy na zajęcia. Ja jakoś wtedy totalnie jeszcze nie ogarniałam, że można coś nagrać i gdzieś wrzucić. Prowadzenie bloga było szczytem moich technicznych umiejętności.

Kurs nauczycielski

Kurs nauczycielski rozpoczęłam znów stojąc jedną nogą tu, drugą tam. Obroniłam dyplom z architektury, miałam za sobą pierwsze blogowe współprace, trochę pieniędzy odłożonych ze szkoły jogi – postanowiłam znów postawić wszystko na jedną kartę i zapisać się na kurs nauczycielski. Realizowałam go mieszkając trochę jeszcze tu, trochę tam.

Nie ukrywam jednak, że było to przełomowe wydarzenie w moim życiu. Po raz pierwszy poznałam tam osoby podobne do mnie, myślące i czujące tak, jak ja. Nie mówię, że wszystkie, bo to też by było zakrzywienie czasoprzestrzeni, ale chodzi o takie generalne poczucie, że nie jestem sama, że jest nas więcej.

Jednak nie o samych ludzi tu chodzi. Na kursie obok masy wiedzy pojawiły się też odpowiedzi na wiele pytań. Ale… to sprawiło, że tych pytań zaczęło się pojawiać więcej, więcej i więcej. Po raz pierwszy udało mi się wyjść z ram jogi jako aktywności fizycznej i połączenia jej z tym wszystkim, co fascynowało mnie od dziecka.

To był właśnie ten przełomowy dla mnie moment łączenia kropek, rozumienia i potrzeby poszukiwania więcej.

Moment w którym zaczęłam rozumieć potęgę intencji, karmy, tego że nic nie dzieje się bez przyczyny, a marzenia…. są po to, by je spełniać.

Właśnie dlatego tak istotne jest dla mnie teraz, by ta Holistyczna Szkoła Jogi w Twoim Domu, którą uroczyście otwieramy w piątek, była naprawdę… holistyczna, całościowa, pełna. By i Wam pozwalała wyjść poza te ramy. Mam nadzieję, że tak właśnie będzie.

Zobacz, jak wygląda moja Holistyczna Szkoła Jogi w Twoim domu >>>

Z dokładnie tego samego powodu gościem specjalnym będzie mój ulubiony nauczyciel z Indii Bhavesh – który przybliży Wam tajniki jogicznej filozofii. Zobacz, kim jest Bhavesh >>>

CDN

I na tym poprzestanę na dziś. Post wyszedł już bardzo, bardzo długi – dajcie znać, czy udało Wam się doczytać do końca?

Przyznam szczerze, że sama przeszłam przy pisaniu go przez całe spektrum emocji i… chyba wystarczy mi na dzisiaj. Przed nami jeszcze wspólna wieczorna medytacja, do której po prostu chciałabym się przygotować i dobrze nastroić.

W następnym wpisie (o ile oczywiście taki chcecie) opowiem Wam ciąg dalszy tej jogowej historii – o kolejnych kursach nauczycielskich, pierwszych wyjazdach do Indii, pisaniu książek, planach na stacjonarną szkołę jogi, które zamieniliśmy na Holistyczną Szkołę Jogi w Twoim Domu i wierzę w to, że… DOKŁADNIE TAK MIAŁO BYĆ.

Tak więc – do zobaczenia na medytacji wieczorem (która jest zwieńczeniem tego trwającego od lutego cyklu) – medytacja będzie na moim Facebooku i Instagramie.

W czwartek zaś spotkamy się na jodze na żywo – Joga na otwarcie bioder – na moim Youtube. Polecam sobie zasubskrybować, żeby nie zapomnieć.

I to też będzie ostanie spotkanie w tym cyklu.

A w piątek widzimy się na oficjalnym otwarciu Holistycznej Szkoły Jogi w Twoim Domu (oczywiście tylko osoby zapisane) – zrobimy sobie potężną medytację na nów Księżyca, tak żebyśmy mogli zacząć cały ten proces wspólnie w jednej wspaniałej energii. Nauczymy się tworzyć intencje tak, żeby działały. Opowiem Wam dokładnie, jak wszystko będzie wyglądało. Będzie miejsce na pytania i inne takie.

Do zobaczenia!

Jeżeli spodobał Ci się wpis, to znajdź mnie proszę tutaj:

I dołącz do naszej Tajnej Grupy na Facebooku

Albo zapisz się do darmowego newslettera, aby otrzymywać dodatkowe materiały i treści.

 

 

No more articles
Close