Tak jak zapowiadałam, pomału ruszam z wpisami mieszkaniowymi. Zaczniemy od końca, czyli od najdalej na zachód wysuniętego punktu mieszkania – naszej jadalni.

Nie jest to jeszcze taka finalna wersja, napiszę też czego jeszcze brakuje, ale chciałam się z Wami po prostu podzielić tym, jak jest teraz. Za kilka miesięcy zrobię jakiś update.

Układ mieszkania

Tak naprawdę mieliśmy milion pomysłów na to, jak zagospodarować nasze mieszkanie i jak wykorzystać poszczególne pokoje.

Zaczęło się od tego, że ta jadalnia miała być sypialnią. Nawet cała instalacja elektryczna była robiona z myślą o tym, gdzie stanie łóżko, gdzie szafa itd. Później jednak doszliśmy do wniosku, że ten pokój ma okno od ulicy, i to całkiem ruchliwej ulicy, więc po otwarciu okna jest dość głośno.

Dlatego sypialnia została przerzucona na drugą stronę. Okna na dwie strony świata były z resztą jednym z wymogów przy kupowaniu mieszkania.

Kolejnym pomysłem na zagospodarowanie tego pokoju było… biuro. Pokój jest takiej akurat średniej wielkości, więc wydawał się idealny. I przez pewien czas mieściła się tu nawet namiastka naszego biura, która wyglądała mniej więcej tak:

To był moment, w którym do dyspozycji mieliśmy tylko 2 pokoje, więc w tym „biurze” był składzik wszystkiego. Później jednak przypomnieliśmy sobie, że naszym ważnym założeniem przy przeprowadzce i kupnie mieszkania, było znaczne oddzielenie strefy pracy od życia po prostu ;) A w tym układzie biuro byłoby w sąsiedztwie salonu. Byłoby wiecznie widoczne z salonu – bo jak znam życie, to nie zamykalibyśmy drzwi.

Doszliśmy więc do wniosku, że przerzucimy je na drugą stronę.

I wtedy właśnie narodził się pomysł jadalni. Salon i jadalnia to jedyne połączone ze sobą pokoje. Salon jest przechodni, więc widać z niego wnętrze drugiego pokoju. Pomyśleliśmy sobie, że skoro tak, to nie będziemy zakładać pomiędzy nimi drzwi i pozwolimy na to, żeby te przestrzenie się przenikały.

Ale po kolei…

Historia odnawiania tego pomieszczenia

Nie do końca planowanie, ale… zrobiliśmy generalny remont całego mieszkania.

Zaczęło się od niewinnej wymiany instalacji elektrycznych. Potem okazało się, że… tynk ze ścian jakoś tak zaczął odpadać, więc remont okazał się być poważniejszy.

Tak to wyglądało tuż po poprowadzeniu instalacji.

Ruszyliśmy więc z remontem na całego.

Co ciekawe – po zerwaniu tapety okazało się, że… pod tapetą znajdują się DRZWI. I nie były to drzwi do nas tylko do SĄSIADA. Przypuszczamy, że po prostu te mieszkania miały przed wojną zupełnie inny układ i chodziło się po nich w kółko. Kolejne takie drzwi znaleźliśmy w naszej sypialni. Również prowadziły do sąsiadki.

Tu zdjęcie już po wyjęciu drzwi – po drugiej stronie zwyczajna ściana z cegieł od strony sąsiada. U nas najwyraźniej nikomu wcześniej nie chciało się murować, więc drzwi były po prostu zalepione tapetą.

Mężczyzn postanowił zamurować tam również butelkę z liścikiem mówiącym o tym, kto tu mieszka, w którym roku robimy ten remont itd. Może ktoś kiedyś znajdzie i będzie miał niespodziankę, o której… ja sama zawsze marzyłam będąc dzieckiem.

Serio! Zawsze mi się marzyło, że znajdę jakąś kapsułę czasu czy list w butelce. Tak że wierzę i szukam nadal ;)

Tak wyglądały drzwi już po zamurowaniu.

Odsłoniliśmy cegły

Zdecydowaliśmy się również wyeksponować kawałek oryginalnej cegły.

Trzeba było zbić kawałek tynku w wyznaczonym miejscu, a potem czyścić cegły szczotką drucianą.

Trochę to trwało, ale myślę, że cały ten zabieg był warty zachodu. Udało nam się przemycić trochę oryginalnego i starego w całej tej naszej nowej, remontowej rzeczywistości.

W ten sposób mamy odsłoniętą cegłę w 2 miejscach w mieszkaniu – w jadalni i salonie (który widać tutaj na drugim planie).

Odnawianie oryginalnej, drewnianej podłogi

Na temat podłogi będę chyba musiała zrobić oddzielny wpis, bo zawsze pojawia się masa pytań.

W momencie kiedy kupowaliśmy mieszkanie, cała podłoga była pokryta takimi jakby płytami wiórowymi. Okazało się jednak, że pod spodem jest ukryta oryginalna stara deska.

Tu na tym zdjęciu poniżej widać te płyty, były pomalowane na biało.

Tak to wyglądało w czasie odnawiania – trzeba było usunąć wiele warstw farby, wycyklinować itd.

Kosztowało to masę pracy i całkiem sporo pieniędzy, ale efekt jest tego warty.

Tak podłoga wygląda już po odnowieniu:

Jak dla mnie jest najpiękniejsza! I nie wymieniłabym jej na żadną inną. A te deski ciągnące się przez całą długość pokoju, to spełnienie marzeń.

Nasza jadalnia

A teraz podobne ujęcie przed i po remoncie. Widać trochę różnicę ;)

Meble, które tu widzicie, były już w mieszkaniu, gdy je kupiliśmy. A skrzynki były dekoracją na naszym weselu – co do nich sądzę, że to tylko takie tymczasowe rozwiązanie, ale jeszcze nie wymyśliłam, co chciałabym mieć w tym miejscu.

Jeśli chodzi o tę witrynkę, to większość szkła też została tutaj po byłych właścicielach. Tak że jesteśmy gotowi na porządne imprezy, coś a’la Wielki Gatsby. Nie wiem, czy czytaliście książkę, ale jeśli nie, to bardzo polecam. Bo film to już jednak nie to samo ;)

Żyrandol też już tutaj był, ale w innym pokoju. Stwierdziliśmy, że taka imitacja świec idealnie pasuje do jadalni.

Tak jak pisałam – salon i jadalnia to jedyne pomieszczenia w naszym mieszkaniu, które się ze sobą łączą. Tu poniżej widok z salonu na jadalnię.

I na tym zdjęciu idealnie widać, czego nam jeszcze brakuje i są to LISTWY przypodłogowe. Marzyły na się takie piękne białe, drewniane. Niestety podłogi i ściany są tak krzywe, ale to TAK krzywe, że to po prostu nie może się udać…

Ale dziś na wyciecze (kolejnej) do sklepu budowlanego, znaleźliśmy już chyba najbardziej satysfakcjonujące nas rozwiązanie. Tak że za jakiś czas i listwy się pojawią, dopełniając całości.

A tutaj widok z jadalni na salon. Cieszę się, że te pokoje tak się przenikają, a jednocześnie tworzą oddzielne i niezależne od siebie przestrzenie.

Futryna pomiędzy pokojami też jest jedyną, która pozostała biała. Pozostałe oczyszczaliśmy z farby i niedługo będziemy je lakierować, żeby zostawić je w naturalnym, drewnianym kolorze.

Na zdjęciu poniżej widać tez odkładnie, czego jeszcze nam brakuje czyli firany, zasłony, żaluzje… jeszcze nie zdecydowałam dokładnie, co i jak. Ale nie spieszę się z tą decyzją. 

Na tym zdjęciu widać też kanapę, która na razie zostaje, ale w sumie to nie wiemy, co z nią zrobić. Z założenia jest to kanapa gościnna – druga jest w salonie. Jeśli miałaby zostać, to pewnie ją też trzeba będzie odnowić.

Odnawianie mebli

Tak jak Wam pisałam już nie raz, chociażby tutaj – Nasze mieszkanie, czyli życie w świecie retro >>> chcieliśmy, żeby przenikało się tutaj stare z nowym.

To mieszkanie w momencie zakupu miało w sobie jakiś taki retro vibe, którego nie chcieliśmy stracić. Dlatego zdecydowaliśmy się zachować większość mebli i jedynie je odnowić.

Na pierwszy ogień do odnowienia   poszły krzesła z jadalni. Oddaliśmy je do tapicera na wymianę tkanin obiciowych i tych gąbek. Nie wiem, czy one mają jakieś profesjonalne nazwy, ale zapewne wiecie, o co mi chodzi.

Efekt jest moim zdaniem ekstra. Tapicer zrobił świetną robotę. Co ciekawe – wszystko było szyte i wykańczane ręcznie.

Koszt takiej usługi to 110 zł za jedno krzesło i obejmowało to wymianę gąbek i obszycie nową tkaniną. Zakup materiału był po naszej stronie.

Krzesła były w stanie, nazwijmy to, takim sobie. Tapicer pytał nas, czy znaleźliśmy je na śmietniku ;)

Żeby nie było – nie mam absolutnie nic do mebli ze śmietnika, sami mieliśmy w Danii wiele takich. W Polsce niestety nie miałam jeszcze szczęścia nic takiego znaleźć, a mój najnowszy łup to jedynie… talerz.

A piszę to po to, żebyście nie bali się odnawiania mebli, bo można mieć coś ładnego i trwałego naprawdę niewielkim kosztem. Umówmy się – nigdzie nie kupi się porządnych, drewnianych krzeseł za nieco ponad 100 zł.

Oprócz krzeseł odnowiliśmy w ten sposób również fotele. Wcześniej były takie pudrowo-różowe. Być może pamiętacie je ze starszych wpisów, jak np tu poniżej:

Okazuje się, że to też nie było ich pierwsze wcielenie. Poprzednio były takie, jak na zdjęciu poniżej – pamiątka z wizyty u tapicera.

 

Tym razem trochę zaszaleliśmy z kolorem i różyk wymieniliśmy na tak pogodny żółty. W kolejnym wpisie pokażę Wam, jak się komponują z całą resztą salonu.

Koszt wymiany takiego obicia w fotelach to 250 zł. Tutaj materiał był również po naszej stronie.

Wybór tkaniny

Wybór odpowiedniej tkaniny na obicia trochę nam zajął. Kolor to jedno. Druga sprawa to Edek i wybranie czegoś, czego nie zniszczy.

Tkaniny wybieraliśmy z firmy Italsenso, z którą połączyła mnie Kasia, która była u nas w listopadzie na warsztatach. Stwierdziłam, że Kasia jest osobą godną zaufania. Późniejsza rozmowa z panem Ryszardem, zajmującym się dystrybucją tych tkanin, tylko mnie w tym utwierdziła. Serio, chciałabym mieć kiedyś na jakiś temat tyle do powiedzenia, ile pan Ryszard miał na temat tkanin ;)

Cały proces wyboru relacjonowałam Wam na story na Instagramie.

Generalnie w Italsenso znajdziemy wszystko, czego tylko dusza zapragnie. Pod warunkiem oczywiście, że są to tkaniny ;) My zdecydowaliśmy się na gładkie, ale nie brakuje również najróżniejszych wersji wzorzystych.

Bardzo podobały mi się te ze środkowego katalogu (zdjęcie poniżej) – czyli kolekcja Samar. Wyglądają trochę jak len i moim zdaniem pięknie pasują do stonowanego wnętrza albo takiego w stylu boho. Jednak wiedziałam, że niestety Edek miałby z nimi raj, jeśli chodzi odrapanie.

Zastanawiałam się również nad kolekcją Basic Cotton – ten katalog na dole – jednak ten splot również wyglądał mi na taki, w który Edek bardzo chętnie wbije pazury. Niestety mamy już za sobą kilka takich kocich zniszczeń, więc tu postanowiliśmy myśleć pragmatycznie. Szkoda, bo skład to 100% bawełna. Ale jeśli nie macie kocich dylematów, to jak najbardziej polecam iść w tę stronę.

Dlatego nasz wybór padł na kolekcję Favola – zarówno jeśli chodzi o krzesła jak i fotele. Ma taki splot, który wydaje się być kotoodporny. Zobaczymy. Miejmy nadzieję, że tak właśnie będzie.

Jeśli chodzi o konkretne kolory, które wybraliśmy:

  • Żółte fotele to Fav19
  • A granat krzeseł to Fav24

Moim zdaniem dobra dla kociarzy będzie też kolekcja Mimosa, ale mi nie do końca pasowały kolory.

To co mogę doradzić od siebie, przy wyborze tkaniny, to zobaczenie próbników tkanin na żywo. Wiadomo, że kolory delikatnie różnią się od tego, co widzicie na ekranie. Poza tym na żywo można ich dotknąć, ocenić czy są miłe, albo czy spełniają nasze wymagania co do kota, psa czy innego zwierza.

Tutaj znajdziecie listę sklepów meblowych, w których możecie znaleźć próbniki i kupić tkaniny.

Podpowiem Wam jeszcze jedną fajną opcję – przy wyborze nowych mebli w salonach można również korzystać z tkanin Italsenso. W sensie – znajdujecie sobie w sklepie model kanapy, foteli czy krzeseł, jaki chcecie, a jako obicie wybieracie konkretną tkaninę.

Przy wyborze tkaniny dobrze jest również zwrócić uwagę na test wytrzymałościowy Martindale (ta informacja podana jest zawsze w katalogu tkanin). Nasza Favola ma aż 100 000 cykli i to jest naprawdę BARDZO dużo. Generalnie do obicia mebli spokojnie nadają się już takie, które mają 30 000 cykli.

Jadalnia i co poza tym

Wracając do samej jadalni… czy pełni ona funkcję tylko jadalni?

Też nie do końca. Wykorzystujemy ją również jako “salę obrad” ;) Przy planowaniu działań w simplife.shop. Wszystko przez to, że pokój, który wybraliśmy na biuro, jest bardzo mały. Nie ma mowy, aby zmieścił się w nim stół w którym można pogadać.

Ale taki był też nasz cel – biuro ma służyć do pracy i wcale nie zachęcać do nadmiernego w nim przesiadywania ;)

A jak zajdzie taka potrzeba – to można na spokojnie zasiąść w jadalni. W towarzystwie szefa kota i herbaty.

Jak na tę chwilę mamy za sobą aż JEDNO takie spotkanie. Postanowiliśmy wreszcie zmienić nasz model działań z “YOLO” na “mam plan i wiem co robię”. Dzięki temu już niebawem możecie się spodziewać tu i w simplife.shop wielu naprawdę fajnych rzeczy i wydarzeń.

A tak wygląda backstage takiego spotkania. Tak, notujemy wszystko na kartkach i w notesach, ale ja po prostu wirtualnie nie umiem ;)

Ciąg dalszy odnawiania

Tkanin “trochę” jeszcze nam jeszcze zostało. Bo jakoś tak postanowiliśmy być przezorni i w razie czego zamówić więcej.

I z tego “w razie czego” obiliśmy również krzesła w kuchni – na żółto jak fotele. Pokażę Wam je razem z całą kuchnią w innym wpisie. Obiliśmy też siedzisko do toaletki – na taki sam kolor jak krzesła w jadalni.

Materiał jest nadal, pozostało mi więc uszycie poduszek. Ale najpierw muszę się nauczyć szyć, bo tego niestety nie potrafię ;)

Dajcie znać, jak Wam się podoba nasz pomysł z jadalnią?

I co sądzicie o takim odnawianiu mebli? Może też macie u siebie jakieś meble, którym daliście drugie życie?

*Partnerem wpisu jest Italsenso

 

Nadchodzące warsztaty jogi:

 

 

Sprawdź szczegóły >>>

Jeżeli spodobał Ci się wpis, to znajdź mnie proszę tutaj:

I dołącz do naszej Tajnej Grupy na Facebooku

Albo zapisz się do darmowego newslettera, aby otrzymywać dodatkowe materiały i treści.

 

 

No more articles
Close