Kupiliśmy mieszkanie. Nienowe. Kamienica, w której teraz mieszkamy pochodzi z 34’ roku, czyli powstała krótko przed wojną. Wcale nie jakaś zdobna i nie z oknami trzymetrowej wysokości, raczej skromna, ale budowana z cegły, a to było dla nas dość istotne. Nie wiem czemu, ale od zawsze marzyłam o tym, żeby zamieszkać w kamienicy właśnie. Najwyraźniej przyszedł czas, aby to marzenie spełnić.

Gdy rozpoczęliśmy szukanie mieszkania, mieliśmy kilka założeń. Chcieliśmy, żeby była to kamienica. Drugim wymogiem było to, aby miała trzy pokoje. Trzecie to sensowna lokalizacja. Kolejnego już nie było.

Obejrzeliśmy w sumie siedem mieszkań. To które wybraliśmy, było szóstym w kolejności. Weszliśmy do niego i od razu poczułam się jak u siebie. Tak jakby ktoś budował i urządzał je z myślą o mnie. Weszłam do pokoju, który był zapewne gabinetem, usiadłam na pastelowo różowym fotelu i wiedziałam, że chcę już tutaj zostać.

Pozostałych sześciu mieszkań, które oglądaliśmy, nawet nie pamiętam.

Rzeczy których nie znamy

Mieszkanie kupiliśmy wraz z zawartością, którą wolę nazywać duszą. Została część mebli a w meblach… rzeczy.

Zadziwiające jest to, jak wiele ludzie gromadzą przedmiotów. Przeglądanie tego, co jest w szafkach autentycznie nie ma końca.

Co istotne – przypuszczam, że jest to już trzecia fala takiego sprzątania. Pierwsza była zapewne po śmierci rodziców. Później nikt tutaj nie mieszkał. Druga – gdy okazało się, że mieszkanie zostało sprzedane. I trzecia teraz.

TRZECIA, a wciąż odsłaniająca przed nami tyle skarbów.

Medale, odznaczenia, legitymacje, dyplomy, książki, papiery, listy, zdjęcia, długopisy, nici, talerze, szklanki, garnki, popielniczki…

Rzeczy, o które tak walczymy, którym poświęcamy nasze życie, a które ostatecznie absolutnie nic nie znaczą. Dla bliskich zapewne stanowią choć wartość sentymentalną. Dla zupełnie dalekich, jak my, stają się świstkiem papieru. Kawałkiem metalu. Szklanym odlewem. Rzeczą z historią, a owszem, jednak chodzi tu raczej o historię w rozumieniu lat, które upłynęły, a nie konkretnej osoby.

Pisząc o tych przedmiotach, wcale nie mam na myśli bezmyślnie kupowanej na wyprzedaży masówki produkowanej w Chinach. Tu widać, że rzeczy te zostały zebrane z szacunku. Że noszą w sobie miejsca, czas i kawałek osobowości – zarówno osoby, która ich używała, jak i kogoś, kto je wytworzył.

Niemniej jednak jest to materia, rzecz stała, czyli coś, czego ze sobą na tamten świat nie zabierzemy. Wiem, że mówienie o śmierci nigdy nie jest mile widziane, ale mnie to zwyczajnie fascynuje. Chociażby właśnie ten proces gromadzenia, zbierania i jakiejś takiej naszej zależności od tego, co mamy. Od tego gdzie mieszkamy. Od tego jak wygląda nasze ciało.

Wiecie, że w jodze jest taka pozycja, która nazywa się savasana. Wykonuje się ją zawsze na koniec praktyki i z zewnątrz przypomina po prostu leżenie na ziemi. Powstało wiele grafik i memów na temat tego, że ze wszystkich pozycji jogi, właśnie tę najłatwiej jest opanować. Że jest się w niej mistrzem i w ogóle śmieszki. I w sumie ma to sens, bo gdyby tak na to patrzeć, to leżenie na ziemi nie jest jakimś wyczynem i niewiele się różni od leżakowania w przedszkolu.

Tymczasem to właśnie savasana jest jedną z najtrudniejszych (jeśli nie najtrudniejszą) pozycji. W wolnym tłumaczeniu znaczy tyle, co pozycja trupa. Co dla mnie wiąże się nie tylko z puszczeniem całego napięcia w ciele, ale również z mentalnym odpuszczeniem wszystkiego, co trzyma nas tu na ziemi. Wszystkich tych przynależności, masek, stanowisk, miejsc, ludzi. I rzeczy właśnie.

Wszystkich tych rzeczy, którymi na co dzień staramy się definiować siebie.

Autoportret w rzeczach

Nie wiem, czy też tak macie, ale ja lubię sobie tworzyć w głowie historie osób, których nie znam. Jadąc pociągiem, dopisuję życiorysy osobom, które widzę. Zastanawiam się, skąd jadą i dokąd. Co robią na co dzień, dlaczego ubrani są tak a nie inaczej i czy lubią pomidorową. A jeśli nie pomidorową, to co lubią jadać na obiad jesienią.

Tak samo tutaj. Sprzątając znajduję pocztówkę, książkę z dedykacją, jakiś lek. Składam to w historię, choć wiem, że nie ma ona nic wspólnego z rzeczywistością.

Pamiątki, znaczki, monety. Książki naukowe, literatura piękna, słowniki. Ogrom słowników, rozmówek, książek do nauki języków najróżniejszych. Ktoś wyraźnie lubił się uczyć obcych brzmień. Albo chciał mieć wgląd do wiedzy, na tamte czasy niedostępnej w naszym języku? Bo książek fachowych po niemiecku, francusku czy angielsku też tutaj nie brakuje. A może po prostu ktoś lubił podróżować i w podróżach tych czuć się pewnie i mieć możliwość rozmowy z lokalnymi? Też możliwe, zwłaszcza biorąc pod uwagę ilość map i pamiątek z najróżniejszych świata zakątków.

Do tego nuty. Dużo nut. Ktoś tutaj grał na pianinie, które udało mi się uwiecznić na zdjęciu. Może były to dzieci, dla których muzyka była pasją. A może wręcz odwrotnie, może wcale tego nie lubiły i cotygodniowe lekcje pianina były dla nich najgorszą katorgą. A może wcale nie dzieci? Może starsza pani lubiła sobie robić przerwy w szydełkowaniu i wygrywać z pamięci etiudy Chopina. Być może. Raczej nigdy się tego nie dowiem.

Pianina aktualnie już nie ma, bo zostało sprzedane przez poprzednią właścicielkę, ale mimo tego, czasem można mieć wrażenie, że jakieś zagubione dźwięki nadal odbijają się w przestrzeni. A piękne to było pianino, porządne i leciwe, takie jeszcze z miejscem na świece.

Przewracam więc setki tych książek, zapisków, nut i starych zdjęć. Ciekawi to musieli być ludzie. Ciekawi świata, ciekawi wiedzy. Tu i ówdzie kadzidełka, masa świec. I książki. Niekończące się morze książek. I to takich najróżniejszych. Dużo medycznych, bo jedna z tych osób była lekarzem. I dla kontrastu – kilka pozycji o leczeniu alternatywnym, akupresurze czy hipnozie. Nawet joga się znalazła. Polskie opracowania z lat 70’ i 80’. Zawsze bardzo je lubię. Choćby przez to, że w ówczesnych tłumaczeniach zawsze używało się formy jogowie, a nie jogini jak teraz. Brzmi to jakoś tak podniośle, trochę jak magowie czy królowie.

Zapiski ręczne, pocztówki, listy – czytanie tego sobie odpuszczam, z szacunku dla intymności ich twórców i odbiorców. To nie są moje historie, niech więc pozostaną pomiędzy tymi, których dotyczyły.

Retro wibracje

Nasze mieszkanie utrzymane jest w stylu retro. I takie właśnie pozostanie. W końcu kupiliśmy je właśnie ze względu na ten klimat, na różową kanapę i na to, że się czuję jak u siebie. Ktoś tutaj miał bardzo dobre wyczucie przestrzeni, co po prostu czuć w powietrzu.

Mieszkanie pozostanie więc takie trochę retro, na tyle na ile może. Tam gdzie nie może – wprosi się nowoczesność. I tak się będzie przeplatać – stare z nowym. Dokładnie jak w życiu.

Zostają meble, drewniane szafy i stoły, różowy komplet wypoczynkowy. Wiem, że są osoby, dla których używanie rzeczy „po kimś” jest nie do pomyślenia. A dla mnie to jest piękne i cieszę się, że tak właśnie się stało.

Do zrobienia są instalacje elektryczne, więc w obróbkę pójdą i ściany. Tapety zastąpi gips i malowanie. Być może tu i ówdzie uda nam się dokopać do surowej cegły, piękne by to było. Następne w kolejności będą podłogi, bo niestety dość mocno zostały nadszarpnięte zębem czasu. I o ile klimat tej bieli podłogowej bardzo mi się spodobał, o tyle mocno wymagają odświeżenia, a kładzenie na nich kolejnej warstwy farby wydaje się absurdalne. Będzie więc nowa, mam nadzieję – drewniana.

No i kuchnia, która stety czy niestety jest całkowicie do wymiany. Jutro przychodzi lodówka, a cała reszta pewnie dopiero po moim powrocie z Indii. Co najciekawsze – nawet teraz, wśród zniszczonych frontów i oberwanych szuflad, na tej starej ławie siedzi się po prostu… dobrze. I ma się poczucie, że to jest prawdziwy dom i że zgodnie z porzekadłem – wszystkie najlepsze imprezy są w kuchni. Najlepsze życie też.  W końcu kuchnia to serce domu.

Historia zatoczyła koło

Tym oto sposobem historia tego domu i jego domowników, których nie znaliśmy, stała się częścią naszej. Czy to nie jest piękne?

I choć totalnie nie znam tych ludzi, nie są to moi dziadkowie ani nikt z rodziny, to mam wrażenie, że uczestniczymy teraz we wspaniałym cyklu życia-śmierci-życia.

A ja siedząc na tej pastelowo różowej kanapie z porcelanowym kubkiem herbaty w dłoni, jeszcze przez długi czas zastanawiać się będę – jak żyło się tutaj kiedyś? I jednym uchem wciąż będę nasłuchiwać tych zagubionych dźwięków pianina, którego już przecież tutaj nie ma.

Nadchodzące warsztaty jogi:

 

Jeżeli spodobał Ci się wpis, to znajdź mnie proszę tutaj:

I dołącz do naszej Tajnej Grupy na Facebooku

Albo zapisz się do darmowego newslettera, aby otrzymywać dodatkowe materiały i treści.

No more articles
Close