Przyznam szczerze, że nie planowałam tego wpisu. W sensie – trochę o nim myślałam, bo ta “całogawłowa” aferka wydawała mi się naprawdę słabym zagraniem. Jednak później doszłam do wniosku, że nie ma sensu, bo chyba jedynie niewielki odsetek moich czytelników to blogerzy i osoby związane z szeroko pojętymi social mediami.

Ale dziś zmieniłam zdanie o 180 stopni. Wszystko przez to, że wybrałam się na kawę z moją zupełnie nieinternetową koleżanką, która spytała: słyszałaś o aferze z Całym Gawłem?

Ano, słyszałam. I skoro nie jest to już zagadnienie dotyczące jedynie wąskiego grona ściśle z tym powiązanych osób, to jednak warto się do tego odnieść.

O co chodzi w aferze całogawłowej?

Afera całogawłowa to takie moje własne określenie. Chodzi konkretnie o artykuł, który pierwotnie ukazał się na Vogule Poland, a później obiegł Polskę w wielu różnych przedrukach.

Artykuł nosi tytuł Influencerki ŻEBRAŁY O JEDZENIE! Są screeny… i zawiera udostępnione przez właściciela jednej z sopockich restauracji screeny, w których instagramerki oferowały mu wymianę barterową – w zamian za jedzenie proponowały wrzucenie zdjęcia czy story z reklamą lokalu.

Czy jest w tym coś zdrożnego?

Nie sądzę.

Tymczasem jednak blogerzy, vlogerzy, instagramerzy (jak zwał, tak zwał), należą w Polsce do raczej nielubianych grup zawodowych, przez co jad polał się aż miło.

Praca jak każda inna

Tutaj chciałabym odnieść się do kwestii pracy samej w sobie.  Wiem, że dla wielu osób nadal tworzenie treści internetowych kojarzy się z nicnierobieniem, wycieczkami po plaży przy zachodzie słońca, noclegami w drogich hotelach i kawkach z serduszkowym wzorem z mlecznej pianki.

Wiem to ze słyszenia i wiem to też z doświadczenia. Gdy szukaliśmy osoby do pracy w Simplife (sklepie, nie blogu), pojawiło się wiele zgłoszeń o treści mniej więcej takiej:

Jestem na urlopie wychowawczym, więc za bardzo nie mam czasu na pracę, dlatego chciałabym dla Was pracować.

Tak było. Nie kłamię.

Nie wiem, gdzie w tym wszystkim jakakolwiek logika.

Praca twórcy internetowego jest taka sama jak każda inna. Oczywiście, jak w każdej grupie zawodowej, można wyróżnić mocniejsze lub słabsze ogniwa. Ale, no halo, czy tak nie dzieje się w każdej większej firmie?

Z takiej najprostszej definicji, pracą jest tworzenie. A czy wytworem tym będą dobra widzialne czy niewidzialne, tak naprawdę nie stanowi to różnicy. Jedni kopią węgiel w kopalni, drudzy piszą wiersze. Tak było, jest i będzie i dla każdego jest w związku z tym miejsce na tej ziemi.

Nie będę ukrywać – też przez to przechodziłam. A w sumie to nawet przechodziliśmy i nadal przechodzimy przez to razem. Odkąd wraz z mężem zdecydowaliśmy się, że nasza praca opierać się będzie tylko na Simplife i wszystkim co z blogiem związane (sklep, warsztaty, książka, itd. itp.), nasłuchaliśmy się całkiem sporo (od rodziny i dalszych oraz bliższych znajomych), że chyba nam się coś w głowach pomieszało.

Najzatwardzialsza  w swoich poglądach była mężczyznowa babcia, kobieta od zawsze związana z gospodarstwem, dla której praca na roli lub przy zwierzętach jest jedyną słuszną. Ewentualnie inne, podobne, byleby fizyczne i brudzące. Tymczasem praca umysłowa, a już broń Zeusie internetowa, pracą nie jest. Pech chciał, że w rodzinie mamy również programistę – on też nie ma lekko, bo też nic nie robi.

Reklamy są wszędzie

Wyjątkiem od reklam jest już chyba tylko stadion Wimbledon. A przynajmniej ostatnio w radio słyszałam, że turniej ten jako jedyny nie ma żadnych reklam na stadionie. Ciekawe. W sumie nigdy nie zwróciłam na to uwagi.

Dlaczego nie zwróciłam?

Bo zwyczajnie przywykłam. Przywykłam do tego, że reklamy są wszędzie. Gdy kupujesz czasopismo papierowe, czasem jakieś 50% treści to reklamy (dlatego przestałam je kupować). Albo takie bezpośrednie w postaci bannerów, albo bardziej zawoalowane w artykule o tym, że niby redakcja poleca to czy tamto. To też jest reklama – nie raz w sklepie dostawaliśmy takie propozycje z dokładną wyceną takich działań.

Czym więc różni się to od oferty wysyłanej przez blogerki, w którym proponowały reklamę w zamian za jedzenie?

Niczym!

No, może jedynie poza faktem, że ich propozycja to tania, praktycznie darmowa reklama. I że powinny brać za to pieniądze i to naprawdę spore pieniądze.

Nakład wielu magazynów to 10.000 egzemplarzy (a nawet mniej, bo dostawaliśmy oferty od takich, które sprzedają się w liczbie kilkuset sztuk). Prawdopodobieństwo, że ktoś przeczyta je od deski do deski wraz z uważnym przestudiowaniem reklam wynosi zero. Okrąglutkie, piękne ZERO. Tymczasem zasięgi influencerów, jeśli dobrze stargetowane do odbiorców, przynoszą zasięgi kilkudziesięciokrotnie (jeśli nawet nie setki razy) wyższe.

Oczywiście nie bierzemy tu pod uwagę takiego influencerstwa klasy B, gdzie obserwatorzy są kupieni itp. Mówimy o tych, którzy swoją prace wykonują rzetelnie i uczciwie.

Czy więc te udostępnione screeny były żebraniem?

Jak dla mnie były zwyczajną ofertą współpracy. Może momentami nieco nieudolną, ale umówmy się – nie każdy urodził się rekinem biznesu.

I wiem, że możecie mi teraz podać przykłady blogerów, którzy żyją z własnych produktów lub Patronite. Ale to też reklama – z ta różnicą, że reklamują swoje produkty, nie cudze. Albo swoje konto do dotacji.

Co było pierwsze – jajko czy kura?

I w tym miejscu okazuje się, że to wcale nie influencerzy są źli. W tej całej układance jest element, który jest o wiele gorszy. I są nim marki czy firmy wysyłające żenujące, wręcz uwłaczające, oferty współpracy.

Ten akapit kieruję głównie do osób, które nie są związane z social mediami. Bo te które są, doskonale o tym wiedzą. Choć w sumie niektórym działaczom internetowym też się przyda.

Otóż, takie “żebrackie oferty” pochodzą nie tylko od blogerów, ale PRZEDE WSZYSTKIM od firm.

Myślę, że nie przesadzę, jeśli napiszę, że dziennie dostaję ok. 5 ofert w stylu:

Wyślemy Ci 3 pary skarpetek, w zamian oczekujemy ładnego zdjęcia na Instagramie, oznaczenia naszego profilu, hasztagu takiego a takiego, przekierowania do naszej strony itd. itp.

To się niestety dzieje nadal. Nadal masa firm liczy na to, że mogą dostać reklamę całkiem za darmo. No bo umówmy się – skarpetkami czy kolejnym kremem w piecu nie napalisz.

Uwierzcie mi, że to jest standard i że tego typu “ofert” jest masa. Przyjrzyjmy się teraz temu uważnie:

Co zyskuje firma/marka?

  • Twoją “twarz”, która poleca dane produkty – zawsze mogą to u siebie udostępnić, z podpisem że Kasia, Gosia czy Krystyna używa ich produktu i poleca.
  • Zasięg, linki i wpływ na pozycjonowanie – zwłaszcza wtedy, gdy linka do nich wrzucasz na swojego bloga.
  • Darmowy content w postaci zdjęcia i opisu – w simplife.shop współpracujemy z osobami, które robią nam niektóre zdjęcia czy opisy i uwierzcie, to wcale mało nie kosztuje. A tutaj marka dostaje to za darmo. To znaczy, ekhm, za parę skarpet.

Co zyskujesz Ty?

  • Parę skarpet…

Tracisz zaś ogólne zaufanie. Bo jak tu wierzyć osobie, która w jednym tygodniu poleca 3 różne kremy na noc?

Niestety wciąż sporo marek uważa, że im się to po prostu należy oraz że darmowa współpraca z nimi, to wręcz prestiż.

Swoją drogą – uciemiężona sopocka restauracja, która udostępniła te screeny, zyskała dzięki temu ogólnopolski rozgłos tuż przed samym Openerem.

Przypadek?

Nie sądzę.

Jeżeli spodobał Ci się wpis, to znajdź mnie proszę tutaj:

I dołącz do naszej Tajnej Grupy na Facebooku

Albo zapisz się do darmowego newslettera, aby otrzymywać dodatkowe materiały i treści.

No more articles
Close