Zdarza Ci się czasem wstać w dobrym humorze, zrobić sobie kawę, spojrzeć za okno, zobaczyć, że jest świetna pogoda i po prostu delektować się tym uczuciem? I mieć wewnętrzne przekonanie, że nic wspanialszego nie mogło Cię w tej chwili spotkać?

A czy zdarzyło się również, że zadowolenie minęło w momencie włączenia Instagrama czy Facebooka? Bo nagle z ekranu telefonu zaatakowało Cię milion perfekcyjnych zdjęć, na których ludzie z idealnymi figurami, w idealnych makijażach i fryzurach, spędzali wspaniale czas w swoich idealnych wnętrzach? Albo zdobywali górskie szczyty, odbierali dyplomy, biegali, praktykowali jogę, pili zdrowe smoothies, wracali z profesjonalnego masażu… i wszystko to przed ósmą. Bo o ósmej oczywiście siadają w swoich idealnych biurach, przy wiecznie czystych białych biurkach w stylu skandynawskim (ze złotymi dodatkami), albo przy kawie na różowych kanapach spotykają się na tutrboważnych spotkaniach.

A Ty co? A ty po prostu siedzisz w rozciągniętej piżamie, z włosami w nieładzie, pijąc kawę (wcale nie włoską) w swojej kuchni (której daleko do tej ze zdjęć) i stwierdzasz, że w zasadzie to mogło być lepiej. I nagle humor z tego 10 na 10 spada do czegoś pomiędzy 2 a 3.

To kolejny, ósmy, krok Maratonu Minimalisty. O tym co i jak przeczytasz tutaj – Maraton Minimalisty – o co w tym chodzi? >>>

JOMO, FOMO i inne takie

Swego czasu dość głośno było o zjawisku FOMO czyli z angielskiego Fear Of Missing Out (strach przed przegapieniem czegoś). Dotyczy ono jakiejś takiej wewnętrznej obawy o to, że nie będziemy na bieżąco. W związku z czym regularnie przeglądamy Facebooka i Instagram, dołączamy do wydarzeń i newsletterów, sprawdzamy co chwilę telefon i wszystkie powiadomienia, bo, a nuż, pojawi się coś, o czym powinniśmy wiedzieć. A jeśli nie będziemy wiedzieć, to będziemy w tyle za innymi.  Tak nam się przynajmniej wydaje.

Obecnie to tu to tam przewija się jakaś przeciwwaga do tego zwana JOMO czyli Joy Of Missing Out (radość z tego, że nie jestem bieżąco).

Życie w internecie i życie w życiu

Rozmawiałam ostatnio z koleżanką, z którą znajomość (jak to często u mnie bywa) zaczęła się podczas jednych z moich warsztatów jogi. Ona należy akurat do tych, którzy od czasu do czasu lubią gdzieś bywać i kogoś poznać, w związku z czym miała okazję zaznajomić się z kilkoma mniej lub bardziej znanymi blogerami. I niestety, jak stwierdziła, ani ich życie, ani oni sami wcale nie wyglądają i nie zachowują się tak, jak na tworzonych przez siebie obrazkach.

I nie, w żaden sposób nie jest to żaden przytyk do twórców internetowych. Po prostu trzeba w tym wszystkim zachować zdrowy rozsądek i mieć świadomość tego, że w ten sposób pokazywany jest tylko maleńki ułamek codzienności. Co dzieje się za kulisami – wiedzą tylko oni sami.

Wciąga jak ruchome piaski

Przeglądanie wszystkich portali społecznościowych wciąga. I nie ma się co dziwić – dokładnie takie jest ich zadanie. Algorytmy tworzone są w taki sposób, by pokazywać Ci to, co potencjalnie Ci się spodoba i z czym będziesz chciał czy chciała nawiązać interakcję. A im dłużej uda im się przykuć Twoją uwagę, tym lepiej wykonane zadanie.

I niby wszyscy jesteśmy rozumni, wszyscy wiemy, że Facebook i cała reszta to potężne zjadacze czasu. Jednak już nie wszyscy potrafimy odpowiedzieć sobie na pytanie – gdzie podziało się ostatnie 30 minut? I że tak naprawdę upłynęło na scrollowaniu fejsa.

Zwykle jest tak, że wchodzimy tylko na chwilę coś sprawdzić. Albo wchodzimy zupełnie bez celu, nudząc się w komunikacji miejskiej, a pół godziny później nie pamiętamy już w ogóle skąd się tam wzięliśmy.

A jeśli sami produkujemy jakiś content w social mediach, to tutaj również jesteśmy skutecznie stymulowaniu wszystkimi tymi polubieniami, serduszkami i komentarzami, które przyjemnie karmią nasz mózg dopaminą. To taka natychmiastowa gloryfikacja, która najzwyczajniej w świecie sprawia nam przyjemność i uzależnia nas od siebie.

Internet przyczyną depresji

Czytałam kiedyś, że już oficjalnie zostało udowodnione naukowo, że przeglądanie social mediów powoduje depresję. Albo przynajmniej spadek humoru. Nie przytoczę już teraz dokładnych danych, ale mówiło się tam o tym, że już kilka minut scrollowania social mediów u większości z nas powoduje spadek nastroju.

Po co więc fundować sobie coś takiego na własne życzenie?

Radość z bycia poza tym

Nie myślcie sobie, że mnie to nie dotyczy. To nie jest taki instagramowy wpis o moim idealnym życiu i o tym, co to nie ja. Te ruchome piaski dotyczą i mnie, stety czy niestety są bezpośrednio związane z moją pracą.

I ja również często łapię się na tym, że zaczynam gonić nie wiadomo po co i za czym. Bardzo, bardzo, bardzo łatwo jest wpaść w pułapkę porównywania się i poczucia bycia w tyle. Dlatego dbam o higienę osobistą mózgu i od czasu do czasu daję sobie zupełny luz. Robię przerwy – ostatnio coraz dłuższe. Włączam telefon w tryb samolotowy na cały weekend. I wiem, że dla niektórych to brzmi jak banał, bo niby co trudnego jest w byciu poza internetem? Cóż mogę powiedzieć – mnie też się tak wydawało w czasach kiedy nie miałam jeszcze bloga ani Instagrama :)

Tym bardziej więc staram się być poza. Pozwolić na to, by wszystkie trzeba i muszę odeszły na plan dalszy.

Określ swoje priorytety

Chyba pierwszym krokiem do “ogarnięcia się” w tym cyfrowym świecie, jest wyznaczenie swoich priorytetów. Zastanów się, co jest dla Ciebie ważne, a z czego śmiało możesz zrezygnować?

Internet też jest dla ludzi i przejmowanie kontroli nad swoim życie wcale nie powinno polegać na wrzuceniu telefonu do rzeki. Trzeba jedynie nauczyć się odpowiednio go dawkować.

Zastanów się, ile czasu spędzasz w internecie i jaki procent tego możesz przeznaczyć na coś zupełnie innego. Najlepiej od razu określ również – na co chcesz go przeznaczyć?

Szanuj swój czas

Czas to niestety limitowany zasób, którego nie dokupisz za żadne pieniądze, dlatego zastanów się dobrze, w co chcesz go zainwestować. Spytaj siebie od czasu do czasu, czy to, co aktualnie robisz, służy Tobie i temu, co chcesz w bliższej lub dalszej przyszłości osiągnąć?

A jeśli nie, to zastanów się, czy warto. Czasem warto, w końcu nie jesteśmy na tej ziemi po to, by 24/7 być produktywnym.

Bądź tu, gdzie jesteś i rób tak, jak lubisz

Dokładnie tak, jak w tej historyjce z początku wpisu. Możesz mieć poczochrane włosy i piżamę z dziurą a psychicznie czuć się pierdyliard razy lepiej niż modelka z okładki. Dlaczego? Dlatego, że to jest Twój własny wybór i Twój własny komfort. I czujesz się w nim dobrze zwykle tak długo, jak nie zaczniesz się do kogoś porównywać.

Jeśli masz ochotę spędzić piątek jedząc czipsy i zasypiając z książką na twarzy, to tak właśnie zrób. I niech Cię nie obchodzi, że wypadałoby raczej pokazać się na imprezie. Wiesz, że lepiej Ci dziś będzie leżeć w wannie niż bić swój rekord w jeździe rowerem pod górę? To tak właśnie zrób.

Jeśli czujesz, że social media w jakikolwiek sposób wywierają na Tobie presję robienia czy wyglądania inaczej niż lubisz, to po prostu tam nie zaglądaj ;)

Podaruj sobie czas bez technologii

Wyłącz powiadomienia. Wypisz się z niepotrzebnych newsletterów, przestań obserwować konta, które już wcale Cię nie interesują. Zobacz jakie uczucia powodują w Tobie obserwowane osoby lub konta – czy jest to zdrowa inspiracja czy raczej pomieszanie złości z zazdrością?

Możesz również wyznaczyć sobie limit czasu, który chcesz spędzać w internecie. Na Facebooku jest opcja ustawienia powiadomienia, które wyskakuje w momencie w którym przekroczysz wybrana przez siebie ilość minut tu spędzonych.

Ustal ze sobą, że maila sprawdzasz np 1 czy 2 razy dziennie.

Już kilka razy pisałam Wam o tym, że między 22 a 8 rano włączam sobie w telefonie tryb samolotowy, żeby nie kończyć ani nie zaczynać dnia z telefonem. Ostatnio 22 zmieniam na 20 a nawet 18 z jedynym wyjątkiem na dodawanie wpisu czy zdjęcia. To dlatego odpisuję Wam na komentarze dopiero rano ;)

A poza tym to polecam aplikację Forest, przypomina o tym, by nie łapać z telefon w ciągu dnia.

Ucz się asertywności

Mam wrażenie, że obecnie o asertywności mówi się dużo, jednak w czasach, w których możemy robić praktycznie wszystko, ważne jest właśnie to, by umieć powiedzieć “nie”.

Trzeba umieć powiedzieć nie, tym wszystkim wydarzeniom na Facebooku, grom online do których zapraszają Cię znajomi, filmom na YouTube które ładują się jeden po drugim. Netflixowi też czasem trzeba umieć odmówić ;)

Co daje Ci radość?

Ja jestem typem samotnika i eventy zupełnie nie są moją bajką. Nie jestem również trybem zadaniowa i nie mam potrzeby bicia własnych rekordów. Nie przepadam również za sportem, więc raczej nie prędko skoczę ze spadochronem.

Lubię za to spacerować, leżeć, medytować i oddychać spokojnie świeżym powietrzem. Dlatego to właśnie robię. Choć dla wielu osób, które obserwują mnie na Instagramie, wyjazd w góry tylko po to, żeby tam po prostu pobyć i po prostu posiedzieć w górskiej chatce był głupi jak nie wiem ;)

No cóż, ja zdania jak na tę chwilę zmieniać nie zamierzam, więc nie spodziewajcie się zdjęć ze zdobywania górskich szczytów.

Po swojemu

W życiu codziennym mamy wystarczająco dużo sytuacji, w które próbujemy się jakoś wpasować. Dlatego nie pozwalajmy sobie na to, by internet był kolejną rzeczą, która wchodzi nam na głowę. Nie porównuj swojego życia z cudzym (i to tym internetowym), bo pomijając już fakt, że porównywanie samo w sobie jest głupie, to na domiar złego – zupełnie nie znasz historii tej osoby.

Wyłącz sobie w głowie wszystkie te głosy, które mówią “powinnaś”, “trzeba”, “warto”, “wypada”, bo od głosów w głowie niestety szybko można zwariować. Daj sobie przyzwolenie na bycie zupełnie offline i inwestuj swój czas tylko tam, gdzie Twoim zdaniem warto.

Dopiero zrobienie takiej wolnej przestrzeni w głowie pozwoli Ci usłyszeć, jakie są Twoje prawdziwe pragnienia, marzenia i plany.

Jeżeli spodobał Ci się wpis, to znajdź mnie proszę tutaj:

I dołącz do naszej Tajnej Grupy na Facebooku

Albo zapisz się do darmowego newslettera, aby otrzymywać dodatkowe materiały i treści.

No more articles
Close