Poświątecznie naszło mnie na wpis o… podziale obowiązków domowych. Nie wiem, jak to wygląda u Was w domach rodzinnych (ale chętnie się dowiem!), ale zarówno u mnie jak i u mojego męża panuje taki klasyczny podział.

Tymczasem wydaje mi się, że w dzisiejszych czasach, kiedy model rodziny ewoluuje, stereotyp podziału na prace “damskie” i “męskie” trochę już nie zdaje egzaminu. W większości przypadków pracują obie osoby, i mężczyzna i kobieta, w związku z czym obowiązki domowe powinny być dzielone po równo.

Od razu podkreślam, że jest to tylko i wyłącznie moje zdanie. We wpisie pokażę to, co sprawdza się u nas. Co jednak wcale nie oznacza, że jest to rozwiązaniem jedynym słusznym. Najważniejsze, żeby każdy był z takiego podziału zadowolony :)

Stereotypowy podział – czy nadal daje radę?

Podział obowiązków w domu to temat rzeka. Od wielu lat był oparty na modelu patriarchalnym, który jednak teraz zaczyna bardzo wyraźnie zawodzić. W czasach przed naszymi babciami (a przynajmniej tak to wynika z opowieści mojej jeszcze świetnie się trzymającej prababci), kobiety miały do powiedzenia niewiele, o nauce mogły sobie pomarzyć, o wybieraniu samodzielnie męża w wielu przypadkach również. Pełniły rolę matki Polki na pełen etat, czyli wszystkie obowiązki domowe należały do nich. Mężczyzna zaś był głównym żywicielem rodziny.

Trochę zaczęło się to zmieniać w czasach naszych babć, choć wciąż jeszcze niewiele. Kobieta głównie stworzona była do pracy w kuchni, niektóre parały się pracą poza domem, ale stanowiska jakie obejmowały, były, no umówmy się, zdecydowanie gorsze od tych męskich.

Kolejna zmiana to trwający do tej pory czas naszych mam. Te już zdecydowanie bardziej wyzwolone zwykle podejmowały się normalnej pracy. Z wyboru czy też nie – ciężko oceniać. Niektóre na pewno chciały wyrwać się z domu, część jednak działała ze zwykłego przymusu, bo to właśnie te czasy, kiedy okazało się, że jedna osoba pracująca na utrzymanie, to jednak jest mało. W związku z czym te nasze biedne mamy z założenia robiły na dwóch etatach. Jakby nie było – praca zarobkowa to jedno, drugi pełny etat zaczyna się domu. I niestety w tym okresie było nie do pomyślenia, żeby przyznać się, że to jednak jest za dużo jak na jedną parę rąk do pracy.

A potem…

My, dzieci XXI wieku

A potem jesteśmy my, kobiety XXI wieku, które działają niczym maszyna. Uczą się, pracują, rozwijają, rodzą dzieci, prowadzą dom… i, no właśnie, czy to nie jest przypadkiem za dużo?

Pewnie właśnie dlatego doszło do nas, że z tej męskiej pary rąk do pracy, też można by było zrobić użytek na potrzeby domowe ;)

Śmieszki śmieszkami, ale jak widzę kobiety w wieku naszych mam, które zapracowują się w domu na śmierć (choć, trzeba przyznać, dom przechodzi dzięki temu test białej rękawiczki), to pierwsze moje pytanie brzmi: JAK one to robią? Drugie: dlaczego i przede wszystkim po co?!

Skąd to się bierze?

Znacie jakiegoś mężczyznę, który sam garnie się do prac domowych? Ja nie znam. Mam wrażenie, że w znakomitej większości płeć przeciwna ma wbudowany jakiś filtr, dzięki któremu tego bałaganu po prostu nie widzi. Mężczyźni nawet jeśli zaczną potykać się o własne skarpetki porozrzucane na drodze do łóżka, to znajdą sposób, by po prostu rozgarnąć je na boki. Na to żeby zanieść je do kosza na pranie raczej szybko nie wpadną ;)*

Skąd to się bierze?

Noooo, pewnie z domu. Z domu w którym te mamy, pracujące na dwa pełne etaty, zadbały o to, by w magiczny sposób te skarpety spod łóżka teleportowały się (już czyste i pachnące) do szuflady z bielizną.

Trzeba więc potem otrzepać całą tę historię z pierwiastka magicznego i wytłumaczyć, że skarpetkowa wróżka nie istnieje, więc żeby bieliznę mieć czystą, to trzeba ją sobie uprzednio uprać. Co wcale nie jest jakieś wyjątkowo trudne, bo mamy pralki, więc w rzece prać nie trzeba. Talerze też trzeba sobie umyć, względnie wstawić do zmywarki. To samo z wanną, prysznicem, toaletą – one same się czyszczą tylko w reklamach. Podłogi i dywany oczywiście podobnie.

I to jest w tej historii najpiękniejsze ze wszystkiego – jak mężczyzna sam umyje podłogi, to mężczyzna sam pilnuje, żeby zdjąć buty zaraz po wejściu do mieszkania.

Często początkowo jest to batalia, powiązana z szokiem i niedowierzaniem. Wiem, o czym mówię – do dziś pamiętam jak pani na religii powiedziała, że Mikołaj nie istnieje. Nieistnienie wróżki skarpetkowej musi być dla mężczyzny podobnym zaskoczeniem. Ale spokojnie, po czasie dojdzie do siebie i… po prostu pogodzi się z tym, że świat to jednak nie jest bajka. A przynajmniej nie taka bajka.

Jest to więc taki rodzaj potyczki, którą każda z nas musi sobie w domu wygrać. No chyba że trafił Ci się wyjątkowy egzemplarz ;)

* Nie mówię, że wszyscy mężczyźni tak mają. Nie traktujcie tego tekstu zbyt serio ;)

Symbioza

Ja tak to sobie właśnie lubię nazywać – symbiozą. Czyli – razem mieszkamy, oboje pracujemy, oboje więc dbamy o porządek w naszym obejściu.

A jak ta współpraca powinna wyglądać, to już każdy musi sobie ustalić na swoim gruncie domowym. Wiecie, sprawiedliwie wcale nie znaczy po równo. Najważniejsze, żeby każda ze stron była zadowolona (chociażby w miarę) z tego podziału i po prostu wywiązywała się ze swoich zadań bez jakiegoś wielkiego dąsania się. Do tego oczywiście potrzeba rozmowy, a cała reszta już jakoś pójdzie.

Chyba najważniejsze jest tutaj poczucie wspólnego tworzenia – wspólnie tworzymy rodzinę, dom, mieszkanie, otoczenie, więc i o atmosferę w nim dbamy razem.

Jak to wygląda u nas?

Podział obowiązków w naszym domu jest dość jasno określony i wynika to po prostu z upodobań. Albo też z tego, że ktoś musi to zrobić, bo samo się nie posprząta.

Jeszcze jedna rzecz, jaką musimy sobie wyjaśnić na wstępie – żadne z nas nie przepada za sprzątaniem. Z tym że ja na przykład bardzo lubię, gdy jest czysto. Ostatnio nawet jedna z koleżanek pytała, czy przypadkiem właśnie te czynniki nie zdecydowały o moim zamiłowaniu do minimalizmu. Owszem, tak. Mniej rzeczy to też mniej sprzątania. Proste :)

 

Gotowanie

Gotujemy oboje. Mój mąż bardzo lubi to robić i wychodzi mu to naprawdę świetnie, więc nie mogłabym odbierać mu tej przyjemności. Dlatego albo całość gotuje jedno z nas, albo wędrujemy do kuchni wspólnie. Ten drugi przypadek dzieje się najczęściej wtedy, kiedy trzeba przygotować wariację mięsną i bezmięsną.

Swoją drogą – często pytacie o to, jak jemy i jak godzimy tę naszą mięsność i nie-mięsność. Może przydałby się post na ten temat?

Kuchnia i naczynia

W obecnym mieszkaniu nie mamy zmywarki i to jest niestety ból. Chociaż! To też nie jest tak, że nie ma to swoich plusów – najlepsze pomysły miewam zawsze podczas mycia garów (albo w kąpieli). Mycie naczyń i ogarnianie kuchni jest więc tak na zmianę – często jedna osoba robi obiad, druga po nim sprząta.

Łazienka

Łazienkę niezmiennie sprząta mój mąż. A wynika to z tego, że ja zdecydowanie bardziej wolałam ścieranie kurzy w mieszkaniu.

Kurze i ogólne porządki

Tutaj tak jak wyżej – kurze i ogólne porządki to moja broszka. Ale wyrzucanie śmieci już nie.

Podłogi

Nie mamy dywanów, oprócz takiego małego ozdobnika, więc nie trzeba ich trzepać. Jeśli chodzi o podłogi – ja jestem od odkurzania, mężczyzna od mycia.

Pranie i prasowanie

Piorę ja. Z pomocą pralki oczywiście. Pranie też ja rozwieszam, a to dlatego, że nie lubię prasować. Dlatego robię to z należytą pieczołowitością, żeby wszystko było jak najmniej pomięte. Suche ubrania każdy składa swoje.

A jeśli już trzeba prasować, to również każdy swoje.

Jak wprowadzić taki podział obowiązków?

Dla niektórych będzie to zupełnie oczywiste, zwłaszcza jeśli taki partnerski podział wynieśli z domu. A jeśli nie, to trzeba sobie jakoś z tym poradzić.

Najłatwiej chyba zrobić to, wypisując wszystkie rzeczy, które trzeba zrobić i dzielić sprawiedliwie między domowników. Niech każdy wybierze to, co mu najbardziej podchodzi.

Najlepiej robić to z uwzględnieniem dzieci, chociażby po to, żeby taki partnerski podział wszedł im w krew i nie były w dorosłym życiu zaskoczone nieistnieniem skarpetkowej wróżki ;)

I pamiętajcie, że ten podział wcale nie musi być stereotypowy. Jeśli lubisz szaleć z młotkiem, a Twój facet spełnia się gotując trzydaniowy obiad w kuchni, to niech właśnie tak będzie :) Mieszkanie czy dom jest Waszym miejscem, dlatego najważniejsze jest, żebyście to właśnie Wy byli zadowoleni z atmosfery w nim panującej.

Seventh Generation

Wiecie, że Indianie wierzą, że to, co robimy obecnie, ma wpływ na siedem następnych pokoleń? I to jest piękne wierzenie, bo chcąc nie chcąc, nasze dzisiejsze wybory warunkują to, co będzie się działo na naszej planecie za kilka lat.

Dlatego ważne jest, by te wybory były świadome i w jak najmniejszym stopniu przyczyniały się do zmian w środowisku naturalnym. Dużo, często niewielkim nakładem, możemy zdziałać na własnym podwórku, pisałam Wam kiedyś o 50 sposobach na ekologiczny dom >>>

Możemy więc ograniczać produkcję plastiku, wybierać produkty z lokalnych źródeł, odżywiać się zgodnie z porą roku, sięgać po rzeczy z drugiej ręki, pokochać lumpeksy…

Możemy również zwracać uwagę na środki, które wybieramy do sprzątania i to co zawierają. Marka Seventh Generation posiada certyfikat EU ECOLABEL, który jest ekologicznym oznakowaniem przyznawanym przez Komisję Europejską. Certyfikat ten skupia się przede wszystkim na procesie przetwarzania surowców i produkcji towaru pod kątem minimalizacji negatywnego wpływu na środowisko. Dotyczy to każdego etapu cyklu życia wyrobu, czyli samego wydobycia surowców przez produkcję, pakowanie, transportowanie aż po użytkowanie i, oczywiście, utylizację.

Co ważne – produkty Seventh Generation opierają się na składnikach roślinnych, a do produkcji ich opakowań użyto surowców pochodzących z recyklingu i istnieje możliwość ich powtórnego przetwarzania. Poza tym ani składniki ani produkt końcowy nie były testowane na zwierzętach.

Poza samymi środkami i ich opakowaniami warto oczywiście pomyśleć o tym, czym sprzątamy. Idealnym rozwiązaniem może być jutowa myjka do naczyń i innych powierzchni. Ciężko powiedzieć, jaka jest jej żywotność, ale… na pewno bardzo długa. Tego typu myjkę mam pod prysznicem już dobrych kilka lat i absolutnie nic się z nią nie dzieje. Od czasu do czasu śmiało możemy wrzucić ją do prania i jest jak nowa.

A do wycierania kurzy i innych takich – idealnie nadają się stare koszulki. Czyli taki recykling level master :)

PS Zamawiając produkty Seventh Generation w internetowym sklepie Frisco użyjcie kodu SIMPLY20 – dostaniecie 20% zniżki :) Kod jest ważny do 7.05.

Więcej o samej marce i jej filozofii znajdziecie tu >>>

A jak to wygląda u Was? Jak (i czy w ogóle) dzielicie się obowiązkami domowymi?

* Partnerem wpisu jest marka Seventh Generation

Nadchodzące warsztaty jogi:

Jeżeli spodobał Ci się wpis, to znajdź mnie proszę tutaj:

I dołącz do naszej Tajnej Grupy na Facebooku

Albo zapisz się do darmowego newslettera, aby otrzymywać dodatkowe materiały i treści.

No more articles
Close