Dziś będzie trochę o pochwale płaczu czyli uwalnianie emocji. Temat na który rozmawia się raczej nieczęsto, ale pomyślałam sobie, że skoro mi pomógł, to być może i u was się sprawdzi :)

To kolejny, drugi krok Maratonu Minimalisty. O tym co i jak przeczytasz tutaj – Maraton Minimalisty – o co w tym chodzi? >>>

Internet nie taki bajkowy jak go malują

Internet ma taką wspaniałą zaletę, że pozwala nam pokazać to, co chcemy pokazać. Poza tym my również oglądając czy konsumując treści, wybieramy częściej to, na co miło się patrzy. Wolimy widzieć ładne wnętrza i pięknie dobrane dodatki, niż kuchnie zawalone górami garów do umycia. Chcemy widzieć szczęśliwe, roześmiane dzieci, a nie te usmarkane i płaczące. Przyjemniej nam się ogląda dziewczynę starannie ubraną, uczesaną i w makijażu niż taką, która dopiero wstała z łóżka i na głowie ma coś na kształt gniazda.

Proste i normalne. Wolimy oglądać ładne rzeczy a nie to, co otacza nas na co dzień. Bo w sumie po co byłby nam Instagram czy Pinterest, gdybyśmy mogli na nim oglądać jedynie oczko w rajstopach i stertę prania zalegającą na krześle? Trochę jakby po nic. Moglibyśmy rzucić komórki w kąt i iść popatrzeć na własny bałagan.

Z tej prostej przyczyny o smutnościach w internecie mówi się mało. Ja też niewiele o tym mówię, ale tak sobie dziś pomyślałam, że skoro mi płacz pomógł, to się tym spostrzeżeniem po prostu podzielę. Być może uwalnianie emocji będzie pomocne dla kogoś jeszcze. Listopad i połowa grudnia zeszłego roku były dla mnie okropne. Serio miałam wrażenie, że życie mi się wali jak domino, gdzie się nie dotknę, tam coś się sypie. Dopiero gdy już byłam w takiej totalnej dupie, że ręce mi opadały z bezradności, coś po prostu pękło. Zaczęłam płakać. I nie tak że troszkę i tylko przez chwilę, bo to były łzy rozpaczy, trwające kilka dni z przerwami na sen i jedzenie.

A potem, w magiczny sposób, wszystko wróciło na właściwe tory.

I jasne, mogłam zacisnąć zęby. Mogłam “nie mazać się jak baba” tylko wziąć się do roboty i pracować jeszcze ciężej. Mogłam. Ale sądzę, że nie byłoby to najlepszym wyjściem z sytuacji.

Wolałam dać sobie czas, zrobić krok w tył i pozwolić sobie na to, by to co się miało ulać, spokojnie się ulało.

Złe i dobre emocje?

Z jakichś do końca nie wyjaśnionych przyczyn zostaliśmy nauczeni tego, by emocje dzielić na dwie grupy: dobre i złe. Te pierwsze to oczywiście śmiech, radość, zadowolenie, do tych drugich zaliczymy np złość, płacz czy zazdrość.

I jest w tym podziale coś naprawdę niesamowitego. Nawet jak próbowałam znaleźć zdjęcie tytułowe do tego wpisu, to miałam ogromny problem. Po wpisaniu “cry” w wyszukiwarce w banku zdjęć, nie wyskakiwało prawie nic. Dla porównania, jak łatwo się domyślić, po wpisaniu “smile” pojawiały się setki publikacji.

Skąd to się bierze?

Ciężko powiedzieć, przypuszczalnie jednak w znakomitej większości, zostaliśmy tego po prostu nauczeni w dzieciństwie.

Przychodząc na świat na pewno nie mieliśmy zaprogramowanego takiego podziału emocji. Gdy coś nas bolało – płakaliśmy, gdy chciało nam się jeść – płakaliśmy, gdy pieluszka była mokra – płakaliśmy, gdy chciało nam się płakać to… też po prostu płakaliśmy. A gdy było nam wesoło, to się śmialiśmy i absolutnie nas nie obchodziło, że nikt z otoczenia nie widzi w tym nic śmiesznego.

A co się stało potem?

Ano potem doszło coś takiego jak ramy czy normy społeczne. I na ten przykład okazało się, że płakać nie można, bo jesteśmy za duzi. I to tak po prostu nie wypada, żeby taka duża dziewczyna mazała się z powodu tak błahego jak ten, że Kasia nie chciała bawić się w księżniczki. A poza tym to: nie płacz dziecko, chodź, mama da ci cukierka. Młoda panna przestaje chlipać, rozwija czekoladkę z papierka i nawet trochę zaczyna się uśmiechać. Wszyscy na około oddychają z ulgą. Wtedy to trafia do nas pierwszy sygnał, że śmiech jest OK, a płacz to już niekoniecznie. I nagle na uwalnianie emocji zaczyna brakować miejsca.

ALE! to wcale nie jest tak, że winę za to ponoszą rodzice. Bo gdyby mieli pojęcie o tym, że tak to działa, to by tak nie robili. A jakby robili, to jednak zdecydowanie rzadziej. No bo umówmy się – nikt nie jest święty i jak mu usmarkane po pas dziecko żyć nie daje, to prędzej czy później sięgnie po tego cukierka. Jesteśmy tylko ludźmi.

Gorzej jednak, że tego typu przekonanie jest później podtrzymywane przez niektóre szkoły rozwojowe, coachów i po prostu życie w społeczeństwie. Na pewno znacie metody zaklinania rzeczywistości, powtarzania przed lustrem “jesteś zwycięzcą”. Albo – moja ulubiona abstrakcja – wkładania w zęby ołówka po to, by automatycznie i mechanicznie na naszej twarzy pojawiło się coś na kształt uśmiechu. Sami też w chwilach słabości uciekamy w pracę, gry komputerowe, alkohol czy cokolwiek, co pozwoli nam zagłuszyć ten niepokojący głos w środku. Czy to się różni w jakiś sposób od przekupowania dziecka cukierkiem?

Nie różni się.

Jedno i drugie jest sposobem na odwrócenie uwagi. I nie ma w nim przestrzeni na uwalnianie emocji.

Uwalnianie emocji – rozum a serce

Zgodnie z tym więc – podchodzimy do emocji intelektualnie. Uczymy się je transformować, uwalniać, dostosowywać do sytuacji.

Tymczasem mamy absolutne prawo czuć się od czasu do czasu jak kupa. Czuć się tak fatalnie jakby nas przeżuł i wypluł owczarek alzacki. I najzupełniej w świecie po prostu należy nam się pobyć w spokoju z tym naszym uczuciem, z tą naszą emocją, tak długo, aż sami nie stwierdzimy, że nawet jako taka kupa, to jesteśmy spoko. Wtedy możemy z pełnym przekonaniem przytulić samych siebie, ukochać tę małą dziewczynkę czy chłopca, który siedzi w środku i dać sobie tę przestrzeń i zrozumienie w tej złości, w tym smutku, w strachu czy w beznadziejności.

A często po prostu we wszystkim na raz.

I nie, wcale nie musimy tych emocji umieć nazwać. Po prostu pozwólmy im z nami pobyć.

Tylko w ten sposób możemy faktycznie uzdrowić to, co boli. Tylko wtedy, kiedy pozwolimy naszym emocjom na to, by przyszły, rozgościły się, pobyły tyle ile potrzebują i po prostu odpłynęły. Bez osądzania, bez obwiniania siebie za ich pojawienie się, bez próby manipulowania nimi, odwracania uwagi i przepychania w wybranym przez nas kierunku.

Uwalnianie emocji wymaga przestrzeni

Jeszcze tak w ramach doprecyzowania. Pozwolenie sobie na emocje wcale nie oznacza zamiany w drama queen. Bo to nie jest tak, że my teraz z tymi emocjami powinniśmy innym wchodzić na głowę. Albo że mamy prawo działania w emocjach, wyrządzania krzywdy (zwykle słownej) innym i tłumaczenia się potem słowami “emocje mnie poniosły”, bo to też nie o to chodzi.

Emocje są informacją zwrotną dla nas, NIE dla otoczenia. To my dostajemy informacje od swojego ciała na temat tego, co jest dla nas dobre, a co złe. Zwykle mówią one do nas po prostu tyle, żebyśmy dali sobie czas i przestrzeń. Ale na pewno nie mówią, że powinniśmy wylać je na innych.

Wykorzystaj tę wiedzę i daj sobie uwagę zawsze wtedy, kiedy czujesz, że twoje ciało tego potrzebuje. Zaopiekuj się sobą – dokładnie tak samo jak na co dzień opiekujesz się innymi.

To TY jesteś emocją

Generalnie emocje opisuje się jako coś co się pojawia, jako uczucia czy sygnały. Tymczasem bardzo obrazowo pokusiłabym się o stwierdzenie, że emocje są nami. Albo że my tymi emocjami jesteśmy. A co za tym idzie – tak jak traktujemy te emocje i czy w ogóle sobie na nie pozwalamy, tak samo traktujemy siebie.

Kontrolując i ograniczając emocje, kontrolujemy i ograniczamy samych siebie.

Kontrolując i ograniczając przepływ emocji, blokujemy swobodny przepływ nurtu życia. A on jest jeden – czasem “dobry” czasem “zły”. Ale jest jeden – silny, porywający, pozwalający nam sunąć przez życie z pełnią energii.

Jednak gdy zaczynamy blokować niektóre emocje, tak naprawdę sami tworzymy tamy na tej potężnej, rwącej rzece naszego życia. Zaczyna się od jednej tamy, potem pojawiają się kolejne i kolejne i tak z biegiem czasu nasza wartko płynąca życiowa siła zmienia się w ledwie poruszający się błotnisty (i często przez to śmierdzący) strumyczek.

My zaś z ludzi otwartych, kreatywnych i energicznych zmieniamy się w zamkniętych i zgorzkniałych.

A potem się dziwimy, że w sumie to tak nic nas nie cieszy, nic nas nie smuci i wszystkie dni jakoś tak zlewają się w jedną szarą papkę. Ponieważ zamykając się na te “złe” emocje, odbieramy sobie również możliwość poczucia tych “dobrych”.

Jako ludzie dorośli mamy wiele zahamowań powstrzymujących nas od płaczu. Mamy poczucie, że byłby to wyraz słabości, zniewieściałości lub infantylności.

Osoba BLOKUJĄCĄ płacz blokuje również doznawanie przyjemności. Nie potrafi “pofolgować” swojemu smutkowi i podobnie nie potrafi “pofolgować” zadowoleniu.

Przyjemne uczucia budzą w niej niepokój. Wynika on z konfliktu pomiędzy PRAGNIENIEM, by “odpuścić, a LĘKIEM przed takim “odpuszczeniem”.

Konflikt ten musi się pojawić, jeśli PRZYJEMNOŚĆ jest na tyle intensywna, że zagraża przełamaniem USZTYWNIEŃ.

A. Lowen “Przyjemność”

A jak człowiek sobie tak w spokoju popłacze, to każda taka tama pęka na miliony maleńkich kawałków, które bez problemu mogą być poniesione dalej z prądem. I znów życiowa siła jest widoczna, znacząca, wznosząca i rwąca a nie tylko taka ledwo, ledwo.

Uczymy się, jak płacz powstrzymać, zamiast tego, jak go celebrować

Utkwiła mi w głowie taka sytuacja. Otóż, podczas kilkudniowych warsztatów podeszła do mnie jedna z uczestniczek z pytaniem: czy są jakieś pozycje jogi, które pomogą pohamować płacz?

W rozwinięciu okazało się, że chodzi o jakieś tam konflikty z szefową i atmosferę w pracy, które notorycznie sprawiają, że szklą jej się oczy.

I zapewne to nie jest odpowiedź, jakiej oczekiwała, ale powiedziałam jej wtedy, że powinna się raczej cieszyć z tego, że płakać po prostu potrafi. Bo jest masa osób, które chciałyby, ale nie mogą! Bo zbudowały sobie tamę tak wysoką i obrosły skórą tak twardą, że ponowne otwarcie się na życie wymaga od nich sporo pracy.

Dlatego nie ucz się powstrzymywania płaczu. Ciesz się nim! Celebruj go! Bo to on stawia cię na nogi i buduje twoją siłę. Uwalnianie emocji jest twoją zaletą.

W Biegnącej z wilkami, którą polecałam Wam już nie raz, autorka pisała:

Zdumiewa mnie, jak mało płaczą współczesne kobiety, a jeśli już płaczą, to wstydliwie i jakby przepraszająco. Ubolewania godne, że wstyd lub moda odbierają nam tę naturalną funkcję. Potrzebujemy wilgoci, by stać się kwitnących drzewem, inaczej poniesiemy klęskę. Płacz jest rzeczą dobrą, zbawienną, słuszną. Nie rozwiązuje dylematów, ale dzięki niemu trwamy, nie upadamy.

Bo płacz to taki nasz super power. Płacz nie czyni cię słabą, wręcz przeciwnie – pokazuje twoją odwagę. W końcu pozwalasz sobie na to, być czuć i przeżywać to, co jest ciężkie i trudne.

I od razu zaznaczam, że wcale nie uważam, iż płacz jest tylko dla kobiet. Mężczyznom jest potrzebny dokładnie w takim samym stopniu. Uwalnianie emocji dotyczy nas wszystkich bez wyjątku.

Nadchodzące warsztaty jogi:

 

Jeżeli spodobał Ci się wpis, to znajdź mnie proszę tutaj:

I dołącz do naszej Tajnej Grupy na Facebooku

Albo zapisz się do darmowego newslettera, aby otrzymywać dodatkowe materiały i treści.

No more articles
Close