Dziś będzie prawie jak w filmie “Co nas kręci, co nas podnieca”. Oglądaliście? Jeśli nie, to sobie obejrzyjcie.

No własnie – obejrzyjcie, a nie “obejrzcie”.

Błędy językowe.

Denerwują mnie i nic na to nie poradzę. Jasne, wiem że są osoby, które nie miały takiego szczęścia w życiu i edukację zakończyły bardzo szybko. Są też pewnie jakieś językowe dysleksje czy inne sprawy. W zdecydowanej większości jest to jednak nic więcej jak zwykłe językowe niechlujstwo.

Tak samo jak zapożyczenia z angielskiego. Naprawdę nie można powiedzieć, że ma się po prostu wyznaczony termin? Musi być od razu dedlajn?

Przez ostatnie lata studiowałam po angielsku, pracuję również w tym języku. Mimo wszystko “w domu” używam mowy polskiej i to w wersji klasycznej ;) do Was też piszę po naszemu. Przede wszystkim z szacunku do rozmówcy czy odbiorcy.

Swego czasu nie mogłam również zdzierżyć braku polskich znaków w internetowych wypowiedziach. Pomału zaczynam się już przyzwyczajać, co wcale mnie nie cieszy.

A dlaczego?

Czyli seria pytań, którą można zasztyletować każdego.

Ostatnio na przejściu dla pieszych natknęłam się na mamę z córką. Przystanęły, bo zapaliło się czerwone światło. Dziewczynka zaczęła się wyrywać.

– Teraz musimy stać – mówi mama.
– A dlaczego?
– Bo jest czerwone światło.
– A dlaczego?
– Bo teraz jadą samochody.
– A dlaczego?
– Bo one mają zielone, więc jadą. My stoimy. Potem będzie odwrotnie.
– A dlaczego?
– …. bo ktoś tak kiedyś ustalił…
– Ale dlaczego?!

Dziecko jak dziecko, nie ma co się dziwić. Gorzej, że wielu dorosłych zachowuje się podobnie. Cokolwiek robisz, muszą wiedzieć – dlaczego? po co? z kim? Co gorsza – nie tylko wiedzieć, ale i ROZUMIEĆ.

I tutaj szanowni Państwo drobna uwaga, postępowania ludzkiego zrozumieć się nie da. Bardzo rzadko bywa logicznie, co wcale nie oznacza, że nie postępujemy słusznie i że za każdym razem podejmujemy złe wybory.

Serio, jeżeli ktoś coś tam robi, to zapewne to przemyślał. Jak nie, to trudno, jego strata. Jakkolwiek by nie było, Ty wcale nie musisz o tym wiedzieć, a już tym bardziej usiłować tego zrozumieć.

Zawsze wychodzę z założenia, że robię to co robię i nic nikomu do tego, chyba że sama chcę komuś o tym opowiedzieć.

Pełna lodówka.

Wiem, że pełna lodówka to wyznacznik życiowego sukcesu. Albo przynajmniej dostatku. Mimo wszystko nie lubię. Zdecydowanie lepiej się czuję, gdy potrafię wymienić wszystkie produkty, które się w niej znajdują.

Żyjemy (na szczęście!) w takich czasach, w których nie musimy robić zapasów w obawie przed klęską głodową czy czymś tam. Co innego konfitury czy suszenie owoców, to jak najbardziej ma sens. Jednak kupowanie “na później” produktów które i tak kiszą się w lodówce, ma go już nieco mniej.

Zakupów w wielkopowierzchniowych marketach też nie lubię. Dlaczego? Bo jest za dużo rzeczy do wyboru. Zjada mi to za dużo czasu, bo stoję jak to głupie ciele i patrzę się na półki. Paradoksalnie wcale nie jest tak, że jestem z tych łupów jakoś bardziej zadowolona, niż z tych kupionych w sklepie pod domem. Jasne, czasem trzeba się wybrać do większego sklepu, bo coś czego potrzebujemy, nie jest dostępne pod nosem. Ale nie za każdym razem.

Robię szybkie zakupy codziennie. Nie wiem czy sumarycznie tracę na to więcej czasu, niż osoby decydujące się na duże zakupy raz w tygodniu. Na pewno jednak mam dzięki temu pod ręką produkty świeże i to takie, na które faktycznie mam akurat teraz ochotę.

Za dużo otwartych produktów.

Jestem produktowym monogamistą. Zużywam jeden szampon, dopiero wtedy sięgam po drugi. Tak samo sprawy mają się z każdym innym produktem w moim domu. Identycznie z rzeczami do jedzenia, nie znoszę mieć otwartych kilku rodzajów kaw, czy na przykład zielonych herbat.

Bardzo prawdopodobne, że ograniczam sobie przez to mnogość wyborów, oferowaną mi w tym pełnym możliwości świecie. Ale dzięki temu a) nie muszę godzinami zastanawiać się nad tym, czy herbatę chcę z maliną, pigwą, pomarańczą, hibiskusem czy może z niczym? b) herbata pozostaje świeża i aromatyczna – wypijam szybko, dopiero wtedy sięgam po drugą i cieszę się zapachem.

Poza tym to w dużej mierze chroni przed wyrzucaniem, bo panujemy nad ilością naszych zapasów.

O tym że w szafie również stawiam na jakość a nie ilość, pewnie też już nie raz Wam pisałam.

Facebookowy ściek.

Facebook był fajny. Do czasu.

Do czasu aż przestał się mnie słuchać i zaczął wyświetlać mi jakiś chłam i ścieki. Serio, mało interesuje mnie to, że znajomy znajomego polubił film o słodkich kotkach. Zwłaszcza w momencie kiedy treści, które sama dla siebie wyselekcjonowałam odeszły w niepamięć. Dlatego już od pewnego czasu przenoszę swoje zainteresowania na Bloglovin, co i Wam polecam. Dzięki temu mam faktyczny dostęp do materiałów, które pojawiają się na tych blogach, które to ja chcę czytać.

Łazienkowe oświecenie.

Nie wiem z czego to wynika, ale najlepsze pomysły zawsze miewam w łazience. Wchodzę pod prysznic – eureka. Myję zęby – kolejne olśnienie. Wszystko fajnie i naprawdę cieszy mnie fakt, że mój móżdżek tryska pomysłami na prawo i lewo, tylko dlaczego zawsze wtedy, gdy nie mam pod ręką niczego do pisania?

Widziałam gdzieś kiedyś na jakiejś stronie z modnym wzornictwem (czy też jak kto woli – dizajnem) wodoodporny zestaw do pisania. Być może czas najwyższy poczynić inwestycję ;)

To teraz Wasza kolej – jest coś co Was smuci bądź irytuje?
Nie uwierzę, że tylko ja miewam takie problemy ;)


Jeżeli spodobał Ci się wpis, to znajdź mnie proszę tutaj:

I dołącz do naszej Tajnej Grupy na Facebooku


Albo zapisz się do darmowego newslettera, aby otrzymywać dodatkowe materiały i treści.


 

(Visited 2 870 times, 1 visits today)

(Visited 2 870 times, 1 visits today)
No more articles
Close