Dziś zakończenie roku szkolnego. Jedni przeżywają go osobiście – oto przed Wami 2 miesiące upragnionych wakacji, inni pośrednio – z uwagi na dzieci, które dziś po raz ostatni powędrowały do szkoły, jeszcze inni nie przykładają do tego wagi – ot kolejny piątek w roku.

Te dwie pierwsze grupy mają jednak przed oczami coś dodatkowego. Świadectwa. Kawałki papieru od góry do dołu wypełnione cyferkami.

I to własnie o te cyferki toczy się coroczna batalia. Pytanie tylko, czy słusznie?

Neil deGrasse Tyson, astrofizyk, powiedział kiedyś do studentów:

„Wasze oceny, bez względu na ich wysokość, bardzo szybko stają się w życiu nieistotne. Ponieważ w życiu nikt nie zapyta was o oceny. Jeżeli świadczą one o czymkolwiek, to o tym kim jesteście w danym momencie swojego życia, ale nie definiują reszty waszej historii.”

Inteligencja i życiowa zaradność to jedno, a oceny w szkole to zupełnie co innego. Mądrość to kwestia bardzo subiektywna i osiągnięcia akademickie nie są najlepszym sposobem do jej mierzenia.

Nie wydaje mi się, żebym była jakaś wybitnie fatalna jeśli chodzi o pisanie. Zawsze lubiłam język polski, tymczasem okres liceum sprawił, że znienawidziłam przelewanie myśli na papier. Dlaczego? Nie wiem jak to jest obecnie, jednak osoby z ówczesną nową maturą na pewno pamiętają „klucze” do wypracowań. Dla mnie to nadal jakaś totalna abstrakcja, bo niby jakim prawem, ktoś mógł zarządzić co powinno znaleźć się w wypracowaniu a co nie? Jasne, rozumiem, że wypowiedź pisemna musi mieć jakąś tam mniej więcej określoną długość i formę, bo 3 zdania to za mało, a lanie wody na 15 stron to jednak zbyt wiele. Ale niby jakim cudem ktoś z góry ma mi narzucać jakich odwołań czy porównań powinnam użyć? Albo do jakich wniosków dojść?

Serio, nigdy nie mogłam się z tym pogodzić, zawsze lawirowałam gdzieś obok tego magicznego „klucza”. I o ile wypracowania z polskiego przeważnie na podstawie stopnia pokrywania się ze wzorem i co za tym idzie – oceny, wypadały średnio, o tyle eseje z WOKu, w których chodziło o wyrażenie własnego zdania, pisały się same i to na najwyższą z możliwych ocen.

Podobnie było z wychowaniem fizycznym. Nigdy nie kojarzyło mi się z czymś fajnym. Do dziś nie pojmuję, jak system szkolnictwa czy nauczyciele mogą sprawić, że aktywność zamiast z przyjemnością, kojarzy się z przykrym obowiązkiem. Zapewne wszystko zależy od szkoły, jednak ja zawsze miałam to „szczęście”, że trafiałam na nauczycieli, u których nie liczyło się miłe spędzenie czasu, tylko zaliczenia. Skoki wzwyż, w dal, o tyczce. Rzuty do kosza, piłką lekarską czy palantową. Biegi na czas. Wszystko to na ocenę.

Wiecie, zawsze byłam niziutka i drobniutka. Przez co miałam krótkie nóżki. Nie skakałam tak daleko jak inni. Piłka lekarska zwykle spadała mi tuż pod stopami, mimo że, serio, STARAŁAM SIĘ rzucić nią jak najdalej.

Jaki był tego skutek? Przez długi czas wydawało mi się, że jestem osobą bardzo mało sprawną fizycznie, ślamazarną, powolną, pozbawioną siły. I gdyby ktoś wtedy powiedział mi, że w przyszłości będę nauczycielem jogi, co przecież w dużej mierze związane jest ze sprawnością, to chyba naplułabym mu w twarz. Ze śmiechu rzecz jasna. 

O udanym życiu i szeroko pojętym sukcesie zawodowym nie warunkują oceny. Uczniowie uznawani za przeciętnych, często zachodzą o wiele dalej, niż ich rówieśnicy z czerwonymi paskami. Dlaczego? George W. Bush, prezydent Stanów Zjednoczonych, podczas jednej ze swoich wizyt na uniwersytecie, bardzo fajnie powiedział do studentów:

Do tych, którzy dzisiejszego popołudnia uzyskali na dyplomach wysokie odznaczenia i honory, mówię, „Dobra robota”. A do trójkowych studentów powiem tak jak zawsze: „Ty też możesz zostać Prezydentem.

Co najciekawsze mówił tutaj o sobie. Zdecydował się zażartować sam z siebie i ze swoich przeciętnych wyników w szkole. Nie wiem czy zdawał sobie z tego sprawę, czy nie, ale tym samym dał nadzieję całej rzeszy uczniów ze średnimi wynikami.

Sukces w szkole to tak naprawdę w dużej mierze umiejętność poruszania się w ramach pewnego określonego schematu. Podążasz określoną ścieżką, to jesteś OK, zaczynasz myśleć po swojemu, niestety kończysz z niższą oceną. Co ciekawe jednak, umiejętność działania w zgodzie z tym systemem i zdobywania kolejnych czerwonych pasków, wcale nie wystarcza, by odnaleźć się w rzeczywistości.

Zaszczytne grono odnoszących sukcesy przedsiębiorców i generalnie osób uznawanych za ludzi sukcesów to w dużej mierze osoby, bez czerwonego paska. Kiedyś podrzucałam Wam już całą listę osób sukcesu bez wykształcenia. I jakoś żadna z nich nie pozwoliła, by średnie wyniki w szkole, stanęły im na drodze do tego, co chcą osiągnąć. Steve Jobs nigdy nie skończył collegu. Podobnie sprawy mają się u Marka Zuckerberga czy Billa Gatesa.

O sukcesie i satysfakcji nie decydują oceny i wiedza jaką zdobyliśmy w szkole, ale nasz charakter. Umiejętność budowania relacji z ludźmi, przyjaźnie i upór. Pasja i determinacja. A przede wszystkim umiejętność przyjmowania porażki jako pozytywnej lekcji na drodze do lepszego jutra. Właśnie dlatego to przeciętni uczniowie często zachodzą dalej. Po części również dlatego, że nikt w szkole nie głaskał ich po głowie.

Na koniec jeszcze zagwozdka dla tych, którzy szkolne mury opuścili już jakiś czas temu: przypomnijcie sobie jakiegoś największego klasowego kujona. Nie osobę błyskotliwą, oczytaną z którą można było porozmawiać na każdy temat. Ale właśnie kujona, takiego który nie miał życia ani zainteresowań poza szkołą. Osobę, z którą nie dało się wyskoczyć gdzieś wieczorem, ale za to taką, która zawsze od góry do dołu na świadectwie miała same piątki.

Co się z nim dzieje teraz?

Idę o zakład, że niewielu, albo nawet żaden z nich nie został szefem wszystkich szefów.

I wiecie, tak mi się marzy, że kiedyś będę miała własną firmę, nieco większą niż ta obecna, w której pracuje jedna osoba ;) Oczyma wyobraźni widzę zespół fajnych ludzi, zadowolonych z tego co robią i jak to robią. I jednego mogę być pewna – podczas rozmowy kwalifikacyjnej nie spytam nikogo o to, co widniało na jego świadectwie czy dyplomie.


Jeżeli spodobał Ci się wpis, to znajdź mnie proszę tutaj:

I dołącz do naszej Tajnej Grupy na Facebooku


Albo zapisz się do darmowego newslettera, aby otrzymywać dodatkowe materiały i treści.


 

(Visited 3 604 times, 2 visits today)

 

(Visited 3 604 times, 2 visits today)
  • Magda Gepert

    Zgadzam się w 100% :) Oceny o niczym nie świadczą, w szczególności w obecnym systemie szkolnictwa….

  • Catherine Sophie

    Fajny pomysł na artykuł ale myślę, że zabrakło najważniejszego elementu – szkoła to szkoła, można iść za schematem, można narzekać że to i to nie ma sensu, a można po prostu wynieść z tego jak najwięcej, nie patrząc na oceny (byle zdać). Potraktować to jako szansę na naukę czegoś, na poznanie czegoś. Iść swoją drogą pomimo wyznaczonej przez komunizm w jakim żyjemy ścieżki. Myślę, że najlepszy przekaz dla młodych to właśnie to – korzystaj, podejdź do tego jak do darmowego obiadu – może nie odpowiada Ci danie i wolałbyś coś innego, ale to nie oznacza, że nie warto spróbować :) Pozdrawiam ciepło z Karaibów, bardzo przyjemny blog! Pisz dalej!

    • „podejdź do tego jak do darmowego obiadu – może nie odpowiada Ci danie i wolałbyś coś innego, ale to nie oznacza, że nie warto spróbować” – jakie to trafne! :)
      PS zazdroszczę tych Karaibów, bardzo, u nas deszcz i chmury od tygodnia ;)

      • Catherine Sophie

        też czasem pada, bez przesady ;-) Ja zazdroszczę za to bliskości z rodziną :-(

  • Bernarda

    Bardzo mądry tekst. W piątek w pracy usiadłam z serdecznymi osobami i wspominaliśmy czasy nauki w szkole vs zaradność życiowa. Odbiłam się w tym tekście jak w lustrze- mała, zagubiona dziewczynka z warkoczami -rocznik 1975. Zgadzam się i podpisuję się pod Pani tekstem w 100%. Moje szkolne życie nie było usłane różami, ale determinacja, upór, sprawiły,że niejeden nauczyciel mógłby szeroko otworzyć usta na wieść jakim jestem teraz człowiekiem.

  • Dominika

    Rozumiem ogólne przesłanie tego tekstu – oceny nie determinują naszego sukcesu w życiu zawodowym i prywatnym. I zgodzę się z tym, bo w wielu przypadkach ludzie osiągają swoje cele dzięki pasji, dzięki szaleństwu, któremu się poddają i dzięki uporowi. Ale jest także wiele dziedzin, gdzie liczy się wiedza i wygrywają Ci, którzy są w stanie ją posiąść. Moim zdaniem trzeba młodym ludziom mówić, że sukces to coś więcej niż ocena z kartkówki, ale z drugiej strony mówienie, że wcale nie trzeba się uczyć, żeby coś osiągnąć, może mieć też kiepskie konsekwencje. Bo ludzie często biorą to zbyt dosłownie – jako pochwałę dla olewania szkoły i wytłumaczenie dla kolejnego glona w dzienniku. Ja osobiście znam dużo osób (skończyłam właśnie liceum), które miały świadectwa z paskiem i zupełnie nie przypominają kujonów. Ci którzy dobrze się uczą to też ludzie z pasjami i przede wszystkim tacy, którzy ciężko pracują, by spełniać marzenia (stypendia i wyczekiwane studia, wymiany zagraniczne, wygrane w konkursach otwierających drogę do dalszej edukacji lub pracy). Sama zawsze miałam piątki, bo po prostu ciekawi mnie świat, a w szkole po części mogłam się o nim czegoś nauczyć. I byli wokół mnie ludzie, którzy tej ciekawości mieli także dużo, a wciąż dostawali tróje, dwóje. Niestety realia są jednak takie, że wiekszość tych, którzy się nie uczą, to często osoby leniwe, nie chce im się robić czegokolwiek poza przeglądaniem obrazków z kotami, brak im determinacji. I nie sądzę żeby akurat ta grupa trójkowych uczniów mogła osiągnąć więcej niż Ci piątkowi lub trójkowi z głową pełną pomysłów :)

    • Właśnie widzę, że tekst jest trochę odbierany jako pochwała próżności, a zupełnie nie no to w nim chodziło. Moja definicja kujona to osoba bez zainteresowań, ucząca się dla stopni a nie z uwagi na zainteresowania. Można mieć same szóstki i kujonem NIE BYĆ. W sumie to powiedziałabym w ten sposób, jeśli już musimy ograniczać się do numerków ;) – nie ważne czy uczniowie są piątkowi czy trójkowi, z wykształceniem czy bez szkoły, najważniejsze że z pasją i zaangażowaniem :)

  • Joanna

    Uwielbiam Twojego bloga i płynące z niego przesłanie, teraz jednak zrobiło mi się strasznie smutno. Bo bardzo często w tego typu tekstach porównuje się „kujonów” do „przeciętnych” z korzyścią (życiową) dla tych drugich. Byłam kujonem. Do ostatniego roku studiów. Skończyłam jako osoba od dwóch lat bez pracy, bez pomysłu na siebie i bez zainteresowań, bo tak bardzo chciałam spełnić oczekiwania wszystkich, którzy od pierwszej klasy znali mnie jako osobę z czerwonym paskiem. Teraz żałuję tych wszystkich lat, a jednocześnie hmm, wiedziałam jak skończę? i nie mogłam nic z tym zrobić po tylu latach „zakuwania”. Nie pomogło otwarcie się na ludzi w okresie studiów, nie pomogły różne spontaniczne akcje wolontaryjne i jakieś tam praktyki studenckie. Pozostał żal do tamtej dobrze uczącej się dziewczynki, że nie potrafiła wyłamać się ze schematu, że nie potrafiła po prostu żyć. Może to głupie, ale chciałabym, żeby ktoś kiedyś zajął się tymi kujonami, które z powodu niezaradności życiowej nie potrafią poradzić sobie w dorosłym, pozaszkolnym życiu. Bo ich największym sukcesem było 12 lat piątek od góry do dołu i nic więcej. Bo nagle kończą się wymagania nauczycieli a zaczyna konieczność dbania o samą siebie, a nie o oceny, Takie teksty komentują najczęściej „średniaki”, dla których jest to rodzaj wsparcia, fajnego przewartościowania nie zawsze łatwego dla nich okresu szkolnego i potwierdzenie, że „tak, daliśmy sobie radę”. I super. Strasznie Wam zazdroszczę.

  • lili

    „bez przysłowiowego czerwonego paska” -to jest jakieś przysłowie o czerwonym pasku? ;)

  • zocha

    A ja miałam cały czas 5 i 6 w szkole, nawet na studiach nie był to dla mnie wyczyn – chociażby egzaminy ze specjalizacji z trzech lat nauki zdałam na 5 właśnie. Zawsze miałam przez to opinię „kujona”, a ja tymczasem za kujona wcale się nie uważałam. Po prostu świat mnie ciekawi i bardzo lubiłam chodzić do szkoły i się uczyć. Interesowało mnie wszystko. I do dziś tak mam. Czytam, uczę się, uprawiam sport, rozwijam się artystycznie, pracuję, gotuję, prowadzę dom, spędzam czas z narzeczonym, zajmuję się naszymi zwierzakami. Fakt, nie miałam zbyt wielu przyjaciół, bo osoby z dobrymi ocenami nie są uważane za dobre towarzystwo, ludzie przypominają sobie o takich osobach, kiedy nie potrafią rozwiązać zadania z rachunku prawdopodobieństwa, nie chciało im się nauczyć optyki na sprawdzian z fizyki, a poczet królów Polski jest dla nich nieodgadnioną tajemnicą. Przywykłam więc do tego, że nie ma wokół mnie dużo ludzi. Jednak nie uważam siebie za osobę życiowo nieporadną. Pierwszą „poważną” pracę (nie licząc tego co robiłam na studiach) znalazłam w dwie godziny (tak się pochwalę ;p ).

    Z nauką w szkole miałam jednak inny problem. Otóż siedziałam na lekcjach biologii i fascynowałam się układem mięśniowo-szkieletowym człowieka, na polskim pisałam opowiadania jak na zamówienie i pochłaniałam wszystkie szkolne lektury (no dobra, „Chłopów” i „Cierpienia młodego Wertera” przeszłam z trudem, wyłącznie z poczucia obowiązku), na matmie mogłam cała lekcję stać pod tablicą i robić zadanie za zadaniem, a jeśli chodzi o w-f to (mimo niskiego wzrostu, 151 cm), nie miałam sobie równych w biegach długodystansowych, grze w piłkę ręczną, hokeja czy – co bardzo dziwiło moją nauczycielkę w-f i raz za razem kazała mi powtarzać – w pchnięciu kulą.

    Problem polegał na tym, że w wieku lat 14 natrafiłam na zdanie, które dużo złego w moim życiu wyrządziło. Aż boję się przytaczać.. Uprzedzam, że będzie tutaj, już za moment… „Człowiek, który interesuje się wszystkim, nie interesuje się niczym”. Autora nie znam. A to krótkie zdanie sprawiło, że przez wiele lat czułam się nikim, totalnym zerem. Średnia 5,4? I co, kiedy nie jestem ukierunkowana! Próbowałam to zmienić, ale nie potrafiłam, od zawsze ciekawi mnie wszystko. Do dziś. Wiele potrafię i to wykorzystuję w życiu, dzięki temu mam pracę. Dopiero teraz, po latach, wiem co interesuje mnie najbardziej. Ale potrzebowałam 30 lat życia, żeby do tego dojść. Teraz staram się zrobić wszystko, żeby móc z tego żyć :)

    • Inez

      Nawet nie wiesz, jak bardzo ten komentarz mi pomógł :)
      Skończyłam właśnie klasę 2 liceum, podobnie jak Ty od zawsze mam same 5 i 6 na świadectwach. Nie powiedziałabym jednak że interesuję się wszystkim – z polskiego i historii niby miałam piątki, ale bez wątpienia nie pałam do tych przedmiotów entuzjazmem. Mogę jednak z całą pewnością stwierdzić, że jestem ścisłowcem ze zdolnością do języków obcych. I ja też kiedyś natrafiłam na to zdanie, tylko w nieco innej formie – „Kto jest dobry we wszystkim, to nie jest dobry w niczym”. I czułam się dokładnie tak samo. Nie miałam żadnej konkretniej pasji jak moi rówieśnicy, ja po prostu lubiłam się uczyć, rozwiązywać zadania z matematyki, oglądać filmy o fizyce, czytać książki po angielsku. Również próbowałam to zmienić, zdecydować się na coś, ale nie potrafiłam. I teraz, czytając Twój komentarz dochodzę do wniosku, że nie ma w tym nic złego. I może kiedyś też dowiem się, co najbardziej mnie interesuje. Czas pokaże :)

      • zocha

        Cieszę się, że pomogłam :) jest taka piosenka Wilków, której jedno zdanie bardzo zapadło mi w pamięć (na szczęście tym razem zapamiętałam jakieś dobre zdanie) i które dość często sobie powtarzałam, tak długo, aż w końcu w to uwierzyłam i się z tym całkowicie zgadzam „Nigdy nie jest za późno zacząć tak jak chce się żyć”. Więc jak będę miała lat 60 i stwierdzę, że chcę zostać wiolonczelistką albo biegaczem długodystansowym, albo listonoszem czy krawcową, to to zrobię :) i nie będzie mi przeszkadzało to, że wcześniej zajmowałam się czymś innym lub w przeszłości, w szkole, miałam średnią ponad 5.0 i wzorowe zachowanie ;)

    • jeśli to nie tajemnica – to podziel się co ostatecznie zainteresowało Cię najbardziej :)

      • zocha

        Nauki przyrodnicze :) Same w sobie i… połączone z gotowaniem (jednak!) ;)

  • Smutna prawda, do niczego mi się te wszystkie czerwone paski nie przydają :-/ Wolałabym spędzić czas na kształtowaniu innych, ważniejszych umiejętności niż wpasowanie się w klucz odpowiedzi.

  • Z jednej strony się zgadzam, ale z drugiej… Pewna dyrektorka schroniska powiedziała mi kiedyś, że nie przyjmuje do wolontariatu młodych ludzi, którzy mają oceny poniżej 3 na świadectwie. „Bo jeżeli nie potrafią zadbać o swoje oceny, to o psy też nie zadbają”. I coś w tym jest, bo jeżeli nauczyciel jest normalny (czyli nie jest straszną zołzą) to naprawdę nie jest nadludzkim wysiłkiem mieć to 3. Doceniam ludzi, którzy nie są zbyt zdolni, ale potrafią dojść do świetnych wyników w szkole swoją pracowitością i sumiennością. Ja, skończywszy kiepskie gimnazjum, zupełnie nie potrafiłam organizować sobie czasu. Moja przyjaciółka po bardzo trudnym gimnazjum miała czas zawsze, grała dużo w gry, pisała powieści i miała ze wszystkiego piątki. Szkoła- taka wymagająca- uczy doskonale ogarnięcia życiowego, wytrzymałości (ilu to ja nocy nie przespałam w liceum…), obowiązkowości, i tutaj oceny są dobrym wyznacznikiem (oczywiście nadal mówię o zdrowych sytuacjach w zdrowych szkołach, wiadomo że jak się czasami nauczyciel uczepi, to nic nie zrobisz).

  • Jeszcze nie wiem jako kto, ale chciałabym u Ciebie pracować i mieć takiego szefa jak Ty :D Ja właśnie skończyłam 2gi rok na studiach artystycznych i tez nie jestem w super czołówce najlepszych, akurat dziś rozmyślałam, co takiego osiągnę, że nie jestem najlepsza, że jestem może nawet….średnia. Twój post mnie pociesza haha :)

  • _nenneke

    jeśli tylko założysz jakąś działalność – od razu składam potrzebne papiery haha :)
    dziękuję za ten tekst, był potrzebny i dał dużo nadziei… myślę, że wiele osób to potwierdzi :)

Close