Lubisz, od czasu do czasu, udowodnić komuś, że się myli? Cieszysz się, gdy udaje Ci się przekonać kogoś do własnego zdania? Albo po prostu sprawia Ci przyjemność mówienie ludziom, że mogą coś zrobić lepiej i szybciej, wystarczy tylko, żeby posłuchali Twojej rady?

Jeśli żaden z tych przykładów Cię nie dotyczy – śmiało możesz zamknąć przeglądarkę, bo ten wpis do niczego Ci się nie przyda. Ale jeśli choć jedno z pytań sprawiło, że zastanawiasz się nad swoim postępowaniem – ta historia powinna Ci się spodobać.

Rozmawiałam ostatnio z mamą. Tematy zupełnie banalne. Ocieramy się nawet o fryzjerów i zaczynamy się spierać o to, czy w naszym miasteczku w danym budynku był kiedyś zakład fryzjerski.

Ja twierdzę, że był i że nawet całkiem możliwe, że jest tam nadal. Mama na to, że na pewno nie.

Wyciągamy coraz to nowe argumenty, wspomnienia i uzasadnienia, starając się udowodnić tej drugiej, że to ona się myli. Nie możemy dojść do żadnego porozumienia, bo z minuty na minutę każda z nas jest jeszcze bardziej przekonana, że to co mówi, jest prawdą.

I nagle mama skwitowała całą naszą zbędną dyskusję krótkim zdaniem:

Może i masz rację, ale co z tego?

No właśnie, co z tego?

Tu pojawia się pytanie, czy w ogóle warto jest udowadniać komuś swoją rację. Dale Carnagie w swojej książce „Jak zdobyć przyjaciół i zjednać sobie ludzi”, pisał:

Krótko po zakończeniu I wojny światowej pewnej nocy w Londynie nauczyłem się bezcennej rzeczy.

Pewnego wieczoru byłem na bankiecie wydanym na cześć sir Rossa Smitha. Człowiek siedzący podczas kolacji tuż obok mnie opowiedział mi zabawną historyjkę, która opierała się na pewnym cytacie.

Rozmówca wspomniał, że jest to cytat z Bibii. Był w błędzie. Wiedziałem o tym. Wiedziałem na pewno.

Nie było co do tego najmniejszej wątpliwości. Tak więc, aby podnieść swoje poczucie ważności i okazać swoją wyższość, postanowiłem stworzyć spontaniczny i nie chciany jednoosobowy komitet, który miał wyprowadzić go z błędu.

On jednak zaczął się bronić. Co? Z Szekspira? Niemożliwe! Bzdura! To cytat z Biblii. On to wie na pewno.

Ów gawędziarz siedział po mojej prawej stronie, z lewej zaś miałem starego przyjaciela Franka Gammonda, który lata całe poświęcił na studiowanie Szekspira. Tak więc wraz z rozmówcą zgodziłem się, że spór rozstrzygnie pan Gammond. Ten wysłuchał nas, po czym kopnął mnie pod stołem i powiedział:

— „Nie masz racji. Dale. Ten pan ma słuszność. Cytat pochodzi z Biblii.”

Wracając z nim do domu powiedziałem Gammondowi:

— Frank, przecież wiesz, że to było z Szekspira.

— Oczywiście — odpowiedział — Hamlet, akt 5, scena 2. Ale byliśmy na przyjęciu, drogi Dale. Po co udowadniać jednemu z gości, że się myli? Czy to sprawi, że cie polubi? Czy nie lepiej pozwolić mu zachować twarz? Nie pytał cię o zdanie. Wcale go ono nie interesowało. Po cóż więc się z nim spierać? Unikaj zawsze stawiania sprawy na ostrzu noża.

Co zyskujesz udowodnieniem swojej racji?

Nic.

Absolutnie. Totalnie. N I C.

Oprócz krótkotrwałej satysfakcji z rzekomego zwycięstwa.

A stracić można dość dużo.

Przede wszystkim, bardzo możliwe jest, że w ogóle nie dojdziecie do porozumienia. Pogniewacie się na siebie nawzajem i tylko pojawi się kolejny problem – kto ma jako pierwszy wyciągnąć rękę na zgodę?

Może być również tak, że owszem, uda Ci się kogoś przekonać do swoich poglądów, bo użyjesz niepodważalnych argumentów, albo więcej osób poprze Cię w dyskusji. Jednak czy takim nagabywaniem na siłę, zyskasz sobie sympatię rozmówcy? Raczej niekoniecznie.

Ty na chwilę zatriumfujesz, podczas gdy Twój rozmówca poczuje się dotknięty, bo wytkniesz mu jego brak wiedzy, zaściankowość czy niższość.

Poza tym trzeba się liczyć z faktem, że ktoś najzwyczajniej w świecie mógł się okazać mądrzejszy i zadziałać w myśl zasady „głupszemu trzeba ustąpić”. I przyzna Ci rację. Dla własnego świętego spokoju.

Podobnie bywa z działaniem.

Czasem upieramy się, by coś osiągnąć albo zrobić, tylko po to, by udowodnić komuś, że jesteśmy w stanie to zrobić. Nie ważne, czy w grę wchodzi były chłopak, któremu chcesz pokazać jak dużo traci, zrzucając nagle 15 kilogramów i wstrzykując botoks w usta. Czy rodzice, którzy radzą Ci, aby wstrzymać się z kredytem na własne mieszkanie. Albo nauczyciel, delikatnie sugerujący Ci, że na tej uczelni sobie nie poradzisz, a Ty i tak postanawiasz złożyć tam papiery. Co z tego, że kierunek nieszczególnie Cię interesuje. Ale przecież MUSISZ udowodnić mu, że dasz sobie radę i że on się myli.

Owszem, zdarza się, że takie zachowania kończą się dla nas dobrze – zyskujemy dodatkową motywację i osiągamy rzeczy, na które, przy normalnych układach, wcale nie chciałoby się nam pracować. Zaczynamy zdrową dietę, bierzemy się za naukę czy zmieniamy pracę, na tę lepiej płatną, by szybciej spłacić kredyt.

Często jednak rzeczy, które robimy tylko po to, by komuś zrobić na złość albo coś udowodnić – obracają się przeciwko nam. I tak zostajemy na lodzie z wynaturzonymi, żabimi ustami, których nie da się złożyć w dzióbek, ledwo kończymy uczelnię, na kierunku, którego nienawidzimy, a nad nami wisi kredyt na mieszkanie w mieście, w którym mieszkać nie chcemy.

A wystarczyło jedynie zatrzymać się i zapytać siebie: czy to ja tego potrzebuję? Czy jedynie chcę komuś coś udowodnić?

Własne zdanie zachowaj dla siebie.

Jest ogromna różnica, między posiadaniem własnego zdania, a udowadnianiem komuś swojej racji i przekonywaniem go do własnych poglądów.

W tym pierwszym przypadku – swoje zdanie trzeba mieć. Chociażby po to, żeby nie wierzyć we wszystkie głupoty, które do nas docierają.

Jednocześnie jednak – z tym swoim zdaniem nie należy pakować się nikomu w życie. To że masz swoje poglądy odnośnie tego, jak najlepiej wychowywać dzieci, z czego gotować najsmaczniejszy bigos i jak prawidłowo się odżywiać, wcale nie oznacza, że należy się z nimi obnosić.

Dopóki nikt nie pyta Cię o zdanie – zachowaj je dla siebie.

A nawet jeśli pyta, często tak naprawdę chce usłyszeć słowa otuchy, że dobrze robi. Dlatego jeśli koleżanka, wielbicielka kuchni staropolskiej, zaprosi Cię na obiad, zaserwuje rosół i spyta jak Ci smakuje, powiedz po prostu że jest dobry. A nie że taki wywar z kury to przeżytek i sam tłuszcz i że zamiast tego powinna spróbować chińskiej zupy pho, bo teraz to jest modne.

Ona nie szuka sposobu na ulepszanie swojego życia i zbawianie planety. Po prostu chce wiedzieć, że jej rosół Ci smakuje. Nic więcej.

Na koniec.

I wiecie, ostatnio specjalnie pojechałam w miejsce o którym rozmawiałyśmy z mamą. Faktycznie był tam fryzjer.

Ale co z tego?


Jeżeli spodobał Ci się wpis, to znajdź mnie proszę tutaj:

I dołącz do naszej Tajnej Grupy na Facebooku


Albo zapisz się do darmowego newslettera, aby otrzymywać dodatkowe materiały i treści.


 

 

  • Spotkałam chyba trzy typy dyskutantów. Pierwsi mówili swoje racje i ich bronili, drudzy tylko mówili, ale w żadne spory się nie wdawali, trzeci swoje zdanie zachowywali dla siebie. Środkowi w ogóle do mnie nie przemawiają. Co do pozostałych – widzę, że wręcz trendem jest ostatnio niemówienie. Niewyrażanie swoich opinii. I rzeczywiście, gdy chodzi o fryzjera i cytat z Szekspira nie widzę powodu udowadniania swoich racji (może najwyżej po to, żeby pan od Szekspira nie zbłaźnił się kiedyś w lepszym towarzystwie i nie żałował potem). Jednak jest mnogość kwestii, które nie mogą pozostać przemilczane, a często to nasze milczenie zmierza w tym kierunku. Niektóre kwestie są zbyt ważne. Z mojego punktu widzenia o polityce, moralności i wartościach rozmawiać trzeba, bo jak inaczej porównywać swoje poglądy, docierać je? Najprościej stwierdzić „Wiem swoje, robię swoje, nikomu nie przeszkadzam”, ale wtedy drepczemy w kółko. Poglądy wyrabiają się w miarę dyskusji i słuchania innych. I nawet mniej o politykę mi chodzi, a bardzo o moralność. Uważam, że mam prawo powiedzieć komuś, że zachowuje się jak dla mnie niemoralnie. On może mieć na nią nieco inne zapatrywanie, ale może nie ma zapatrywania, może nie zdaje sobie sprawy ze swojego błądzenia. Myślę, że dyskusje i kłótnie są bardzo ważne. Kształtują charaktery i poglądy. Sokrates nie zapisałby się w historii, gdyby siedział w domu przekonany, że nie powinien narzucać ludziom swojego zdania.

  • Jest takie powiedzenie po wypadku : miał racje, ale umarł.

  • Nev

    Uważam, że takie zachowanie to droga donikąd. Zamiast nawoływać do tego, by nic nie mówić nawet jeśli ma się rację, lepiej byłoby nawoływać do przyznawania się do błędu. A z tym niestety mnóstwo, mnóstwo ludzi ma problem. Zamiast upierać się że cytat jest z Biblii, a fryzjera nie ma, o ile lepiej byłoby skwitować sprawę krótkim „nie wiedziałem, dziękuję że mnie uświadomiłeś” albo sprawdzić i stwierdzić „myliłam się, fryzjer faktycznie tam jest”.
    Teraz nie poprawię kogoś kto nie wie skąd jest cytat, jutro ta sama osoba może podać orzechy uczulonemu, bo „jego zdaniem alergii nie ma”.

    I by była jasność – nie mówię tu o kurtuazyjnych „białych kłamstwach” o rosole, to inna kategoria.

  • Dorota

    OMG! To o mnie! Niestety! Ale jestem na dobrej drodze do wyleczenia :-) Tylko język coraz bardziej boli :-)

  • Alicja

    Bardzo trafny cytat. Przypomniał mi sie podczas piątkowej dyskusji polityczno-społecznej przy śledziku ;)

Close