Ze słowem hygge jako takim pierwszy raz zetknęłam się nieco ponad 2 lata temu. Przygotowywaliśmy na uczelni charakterystykę duńskich domów  i literatura fachowa głosiła, że muszą być „hyggeligt”. Po kilku miesiącach życia w Danii, nie miałam bladego pojęcia, co to może znaczyć. Spytałam więc pracujących ze mną w grupie Duńczyków. Odpowiedź brzmiała: takie tam „nice”, „cosy” i ogólnie to „bullshit”.

Po dwóch latach „hygge” staje się słowem roku. A wszystko co jest „hyggeligt” sprzedaje się jak świeże bułeczki.

Szczerze mówiąc, wcale nie miałam w planach takiego wpisu. Jednak ilość Waszych pytań odnośnie tego, czy napiszę coś o hygge, najzwyczajniej w świecie mnie do tego zmusiła. Dlatego zaczęłam. Najpierw po swojemu, potem, żeby artykuł nie był jednostronny, poprosiłam o pomoc znajomych i nieznajomych, mieszkających tu dłużej niż ja. 

I gdy zebrałam sobie wszystkie moje i ich przemyślenia, wyszło tego dużo. Naprawdę bardzo, bardzo dużo, mimo iż starałam się pomijać wszystkie pomniejsze sprawy. Dlatego postanowiłam rozbić całość na kilka oddzielnych artykułów. To co dziś czytacie, to pierwsza część. Mam nadzieję, że całość Wam się spodoba :)

Z corocznych pomiarów, prowadzonych nie wiadomo przez kogo i nie wiadomo na jakiej podstawie, wynika, że Duńczycy są najszczęśliwszym narodem na świecie. Nic więc dziwnego, że coraz więcej osób wpada na pomysł, by tę umiejętność zmonetyzować. 

Samo słowo hygge do niedawna nie było jeszcze znane nikomu, rzec jasna oprócz rodowitych Duńczyków i zakochanych w tym języku filologów. Nagle ni stąd, ni zowąd zagościło wszędzie. Książki o tymże tytule w ciągu ostatnich kilku miesięcy zmonopolizowały polski rynek, a z tego co udało mi się wyczytać na zagranicznych portalach – w Wielkiej Brytanii jest zdecydowanie gorzej.

Cała zabawa była od samego początku genialnym posunięciem marketingowym. Sposobem na wyłudzenie pieniędzy zwłaszcza od Brytyjczyków. I zwabienie turystów do, stety niestety, rzadko odwiedzanej Skandynawii. My jako Polacy jesteśmy nieco poza głównym targetem, nie oszukujmy się, że dla nas jest tu bardzo drogo, że mało kto postanowi urządzić sobie wczasy na północy Europy.

Co to znaczy hygge?

W wolnym tłumaczeniu słowo hygge oznacza przytulność, komfort, bezpieczeństwo, relaks, radość ze spotkania i panującej atmosfery. Na potrzeby książek pojawiają się jeszcze ciepłe koce, gorące herbaty i obowiązkowe świeczki.

hygge

skagen.com

Były Francuzki, Koreanki, teraz przyszedł czas na Danię.

Pamiętacie jeszcze szalejąca modę na wszystko związane z Francją i Paryżem? Francuzki nie tyły, zawsze dobrze wyglądały, a ich dzieci nigdy nie płakały. Potem przyszedł czas na Azjatki i ich sposoby na piękną cerę.

Jako że Dunki nie uchodzą za przykład dbania o siebie i wyglądu jakiegokolwiek, trzeba było skupić się na czymś innym. Wybór padł na „hygge”. Bo to takie milusie. I w sumie kto by nie chciał przepisu na szczęście instant?

Tym sposobem słowo „hygge” stało się tak nierozerwalne z Danią, jak do tej pory „chic” z Francją. Taki zabieg okazał się trafionym w dziesiątkę sposobem na spieniężenie duńskiej szczęśliwości:

[…] sprzedawanie książek o tej tematyce to raczej chwyt marketingowy, brandingowy, mający na celu wypromować duńską markę a w tym przypadku jest to filozofia szczęścia i tej „przytulności”, trochę zawłaszczona przez Duńczyków. Rzeczywiście w ostatnim czasie namnożyło się tych książek trochę (zbieg okoliczności…? ;) – takiego też zdania jest mój mąż [Duńczyk] – ma to na celu wypromowanie duńskiej marki, sposobu na życie i przyciągnięcie turystów, klientów (np. kupujących duńskie poduszki bo to jest „hyggelig”), zwłaszcza w Anglii. Jakiś czas temu takie same zabiegi marketingowe dotyczyły duńskich kryminałów.

Hygge jedzenie.

Z tego co dowiaduję się od czytelników, wynika, że jednym z obowiązkowych punktów każdej książki są przepisy kulinarne. Oczywiście takie przekazywane z pokolenia na pokolenie, bazujące na samodzielnie zerwanych w sadzie jabłkach i ręcznie roztartych w moździerzu przyprawach. Rzecz jasna – jabłonka również nie jest przypadkowa, bo posadzona przez pradziadka, a moździerz to pamiątka po praprababci.

Do tego oczywiście dochodzi bajkowa atmosfera, rodem z reklam margaryny, wspólne śniadania, picie grzanego wina pod kocem, obowiązkowe kardamonowe drożdżówki i jeszcze więcej opowieści o babciach, ciociach i przyjaciołach.

Wszystko byłoby fajnie, gdyby nie fakt, że w przeważającej większości Duńczycy nie gotują. Chętnie korzystają z półproduktów i gotowych potraw, więc cała sztuka kulinarna w dużej mierze opiera się na odgrzewaniu.

Nie wierzycie? Na dowód mogę Wam sprzedać historyjkę z uczelni – na jednym z semestrów projektowaliśmy osiedle mieszkaniowe. W bardzo wstępnej fazie projektowej, odpowiedzialni za to Duńczycy z mojej grupy, wyrysowali kuchnię bez okien. Gdy zdziwiona zapytałam – dlaczego tak? – stwierdzili, że kuchnia to przecież pomieszczenie, w którym się praktycznie nie przebywa.

Odnośnie zaś przepisów, które znajdujecie w książkach, historia jednej z osób która pomogła w pisaniu artykułu:

„Widziałam nawet niedawno na jednym z blogów na fb przepis na racuchy z książki „Hygge”, pokazałam ten przepis mężowi [Duńczykowi] a on zdziwiony, bo w Danii nie je się takich racuchów i on nigdy o czymś takim nie słyszał.”

Do rodzinnych i otwartych Duńczycy też nie należą, ale o tym opowiem więcej w kolejnej części.

Hygge – o co chodzi z tymi wszystkimi świeczkami?

Przede wszystkim – w Danii jest ciemno. I to często całymi dniami. Choć ta jesień i zima jest dla miasteczka w którym mieszkam wyjątkowo łaskawa, to pamiętam poprzednie lata i konieczność zapalania światła od rana do nocy.

Czyli wyobraźcie sobie taką sytuację: wstajesz – jest ciemno, przez cały dzień również ciemno, potem idziesz spać, i tak – nadal jest ciemno. W takim wypadku aż samo się prosi, żeby sobie tę ciemność jakoś rozgonić i to czymś innym niż ta biedna żarówka. Chociażby po to żeby nie wpaść we wciąż niezbadane odmęty depresji.

Stąd świece – praktyczne i choć odrobinę poprawiające humor podczas długich tygodni bez słońca.

Pamiętam, że jak przyjechałam do Danii, od razu rzuciło mi się w oczy, że Duńczycy nie mają w oknach firan ani zasłon. Znaczy się od czasu do czasu coś tam wisi, jednak w większości przypadków prywatne życie mieszkańców mamy podane na talerzu.

Dodatkowo w okresie jesienno-zimowym w wielu oknach palą się świece. Pytałam wtedy znajomych z roku, co to za dziwny zwyczaj z tym stawianiem świeczników na parapecie. Okazuje się, że tak jak większość zwyczajów i tradycji, ma to swoje historyczne wytłumaczenie. Otóż w czasach ogólnej biedy, miast nie było stać na oświetlanie ulic, dlatego mieszkańcy wystawiali świece w oknach, by chociaż trochę ułatwić robotnikom powrót z pracy do domu.

Ot, tradycja która niektórym pozostała do dnia dzisiejszego. Żaden tam instagramowy fetysz.

Hygge to nie słowo, hygge to ustrój.

Jak widać – nie da się zrozumieć idei „hygge”, be zagłębienia się w historyczne i społeczno-polityczne duńskie niuanse. To oczywiście temat rzeka, o którym można by napisać z milion książek, jednak na potrzeby wpisu warto go chociażby musnąć.

Duńczycy mają mentalność społeczności małomiasteczkowych. Nawet największe miasta, takie jak chociażby Kopenhaga, nie umywają się do polskich pod względem powierzchni a przede wszystkim ilości ludności. Miejscowości są małe, a nawet jeśli są większe, to lubią się w nich tworzyć mniejsze społeczności.

Tutaj wszyscy się znają, a przynajmniej starają się, by tak było. Bezgranicznie sobie ufają – podobno zaczęli zamykać domy i garaże dopiero z uwagi na napływ obcokrajowców.

Poza tym wszyscy czują się tutaj równi. I na myśli mam tutaj rodzimych Duńczyków, temat obcokrajowców to zupełnie osobna historia. Wyznają kult pracy, ale nie w takim naszym, nastawionym na karierę rozumieniu. Tutaj najlepszym powiedzeniem byłoby: żadna praca nie hańbi. Każdy jest traktowany z takim samym szacunkiem od sprzątaczki po właściciela największej fabryki i, co ważne, zarabia praktycznie tyle samo. System podatkowy jest tak skonstruowany, że jeżeli zarabiasz więcej, to również więcej oddajesz państwu. Stąd w kieszeni zostaje podobna ilość koron.

Właśnie dlatego Duńczycy nie mają parcia na rozwój, zdobywanie coraz wyższych stanowisk i awanse. Najzwyczajniej w świecie nie ma to sensu, skoro często wiąże się z większą ilością obowiązków i prawie taką samą wypłatą. Tu nie ma wyścigu szczurów bo… tak naprawdę nie ma o co się ścigać. 37 godzinny tydzień pracy, wolne wieczory i weekendy to po prostu standard.

Swoją drogą – uwierzycie w to, że jeszcze kilka lat temu w moim mieście nie można było zjeść nic poza domem po godzinie 17? Przecież to duńsko-logiczne, że skoro wszyscy kończą pracę o 17, to pani z budki z hot-dogami również.

Teraz trochę się zmieniło. Z naciskiem na trochę. Dłużej otwarte są zwłaszcza galerie handlowe, których i tak jest tutaj jak na lekarstwo.

Prawo Jante.

Nie wiem czy wspominane w książkach, ale w Danii istnieje coś takiego jak Janteloven. Co w najprostszym tłumaczeniu znaczy tyle co „nie wychylaj się”. Dotyczy to wszystkich mieszkańców Skandynawii, niezależnie od wieku, stanowiska czy jakiegoś widzimisię. Mieszkańcy północnej Europy kulturowo dążą do równości. Najwyższą cnotą jest skromność, co na dłuższą metę przeradza się po prostu w przeciętność. Wybitne, wyróżniające się jednostki, myślące chociażby nieco inaczej niż ogół nie są tu mile widziane. A nawet stanowczo potępiane.

Samo pojęcie zostało stworzone przez norweskiego pisarza pochodzenia duńskiego Aksela Sandemose’a. W swojej noweli „Uciekinier w labiryncie” pochodzącej z 1933 roku, przedstawia fikcyjne duńskie miasteczko o nazwie Jante. Nadrzędną panującą w nim zasadą jest „Nikt nie jest kimś specjalnym. Nie próbuj wyróżniać się ani udawać, że jesteś pod jakimkolwiek względem lepszy od innych”.

Schemat zachowań pokazany w książce, przez wiele osób zostaje uznany za wzorzec opisujący zachowania Skandynawów.

Główne punkty to:

1. Nie sądź, że jesteś kimś wyjątkowym.
2. Nie sądź, że nam dorównujesz.
3. Nie sądź, że jesteś mądrzejszy od nas.
4. Nie sądź, że jesteś lepszy od nas.
5. Nie sądź, że wiesz więcej niż my.
6. Nie sądź, że jesteś czymś więcej niż my.
7. Nie sądź, że jesteś w czymś dobry.
8. Nie masz prawa śmiać się z nas.
9. Nie sądź, że komukolwiek będzie na tobie zależało.
10. Nie sądź, że możesz nas czegoś nauczyć.

W dalszej części książki:

11. Nie sądź, że jest coś, czego o tobie nie wiemy.

Krotko mówiąc: nie wywyższaj się. Myśl tak jak wszyscy. Nie staraj się rozwijać i być lepszym.

Konformizm i nachalna skromność to słowa klucze duńskiej kultury. Przeciętność, przeciętność, przeciętność ponad wszystko.

Hygge sprzeda wszystko.

Dychotomia „filozofii hygge” poraża już na samym początku. Z jednej strony zapewnia, że szczęście to atmosfera, przytulność, relacje i emocje, a tego jak wiadomo kupić się nie da. Z drugiej jednak podsuwa całą listę zakupów, bez których „hyggować” się nie da.

Tony świeczek, wełnianych koców, drogich win, kaw i herbat. Do tego oczywiście odpowiedni wystrój wnętrz, który broń Zeusie nie może być polski – musi być skandynawski i minimalistyczny. Inaczej nie można nawet marzyć o osiągnięciu szczęścia.

Dogrzebałam się nawet do tego, że na brytyjskim rynku jest coś takiego jak HyggeBox:

HyggeBox – Danish Cosiness delivered – our monthly HyggeBox is perfect for Hygge lovers and novices; subscribe for only £20 a month with free delivery.

W wersji podstawowej pudła można dostać świeczkę, paczkę herbaty lub czekolady, jakieś słodycze, pierdołkę do dekoracji i gadżet w postaci pary skarpet czy innego wymysłu.

W końcu „ jeśli chcesz przestrzeni, w której czuć spokój i zadowolenie”, nie stworzysz jej w żaden inny sposób, jak tylko przy akompaniamencie drogiej, designerskiej lampy, kanapy za kilka tysięcy euro, oraz skandynawskiej, ręcznie malowanej zastawy stołowej. No i tych nieszczęsnych wełnianych skarpet. To że należy pamiętać o świecach, jest już chyba oczywiste?

Hygge trafiło na dobry grunt złych czasów.

Do niedawna odpowiedzią na galopujący konsumpcjonizm były książki i portale promujące minimalizm, o tym jak bardzo mnie to śmieszy, też już Wam pisałam.

W obecne zagubienie idealnie wpisały się publikacje gloryfikujące przytulność, poszukiwanie ciepła i bezpieczeństwa, oraz cieszenie się z małych rzeczy.

Bezpośrednio przełożyło się to w spełnienie marzeń marketingowców. Nieprzypadkowo publikacje ukazały się w czasie poprzedzającym okres świąteczny. Tak żeby do czasu choinkowych zakupów zdążyły się już spokojnie rozgościć w naszych głowach. Dzięki hygge świąteczne wzmożenie zakupowe trwało od października i pewnie uda się je przedłużyć chociażby do Wielkanocy.

Naprawdę skutecznie wmawia nam się, że wcale nie roztrwaniamy ciężko zarobionych pieniędzy na niepotrzebne zakupy okołoświąteczne. O nie. My inwestujemy – w ciepłą atmosferę, rodzinne Święta, przytulność i… po prostu szczęście.

Nie hygge a swojsko.

Czy duńskie „hygge” zapewni ci szczęście? Wątpię. Kserowanie zachowań innych narodowości i kultur, bez chociażby próby zagłębienia się w przyczynę takiej postawy, to raczej budowanie domku z kart. Wiadomo że lada chwila się zawali, bo nie ma jakichkolwiek fundamentów.

W dużym uproszczeniu, całe to modne ostatnio „hyggowanie” to wspaniały sposób na sprzedawanie szczęścia. I genialne zarabianie na tym.

Dlatego jeśli chcesz wypić w spokoju herbatę pod kocem, to po prostu ją wypij. Chcesz spotkać się z przyjaciółmi – to się spotykaj. I niech będzie przyjemnie, na luzie, swojsko i po polsku. I przede wszystkim po Twojemu, a nie w udawanej wersji „hygge”.

Dobrego samopoczucia, szczęścia czy wiary w siebie i tak nie kupisz, ani nie skopiujesz. Obojętnie, czy sprzedawana jest pod postacią „chic”, „hygge”, czy jeszcze innego, sprytnego zabiegu marketingowego.

PS na zdjęciu mural który znalazłam w swoim mieście. Nie wiem czy widzicie ukryte słowo hygge? Całość pozostawię Wam do dowolnej interpretacji.


Za pomoc w stworzeniu artykułu bardzo dziękuję Małgorzacie Jørgensen i wszystkim pozostałym, którzy postanowili pozostać anonimowi – cytaty wypowiedzi możecie znaleźć w tekście.

Inne z tej serii:

Duński przepis na szczęście i cała prawda o nim.

 

Jeżeli spodobał Ci się wpis, to znajdź mnie proszę tutaj:

Image Widget    Image Widget    Image Widget

I dołącz do naszej Tajnej Grupy na Facebooku


Albo zapisz się do darmowego newslettera, aby otrzymywać dodatkowe materiały i treści.


 

 

  • Bardzo mi się podoba Twój sposób spojrzenia, bardzo:)
    Mam podobne odczucia, szczególnie te dotyczące komercjalizacji teoretycznie niekomercyjnej sprawy;) Marketing rządzi światem i jesteśmy pod jego wpływem mniej czy bardziej świadomie. A jeśli ktoś myśli inaczej, to się łudzi.
    Świetne porównanie z modą na minimalizm. Takiej ilości książek, publikacji etc i zarobionych dzięki temu pieniędzy dawno nie było;)
    W tym wszystkim, trzeba mieć swój styl i zdrowy rozsądek według własnych potrzeb. Jestem fanką wolności wyborów i carpe diem. Każdy ma inne potrzeby, co innego daje mu spełnienie i radość życia. Czy hygge czy rozbuchany konsumpcjonizm. U mnie po trochu wszystkiego i nie udaję, że jest inaczej;)

  • Paulina

    Fajnie, że odczarowałaś trochę to panujące ostatnio szaleństwo na „hygge”.
    Nie wiedziałam nawet, że istnieje hyggebox ale to tym bardziej potwierdza, że chodzi tu o nakręcanie sprzedaży a ludzie jak te owce… jakby już sami nie mogli sobie stworzyć własnego zestawu przyjemności.

  • Iwona Ef

    O tym całym „hygge” to już nie mogę czytać. Jakiś czas temu, jak grzyby po deszczu, w każdej szanującej się pozycji prasy kobiecej, mnożyły się na jego temat artykuły. Oczywiście jako reklama co najmniej trzech książek o podobnież brzmiących tytułach. Ludzie – bądźmy sobą a nie hygge!

  • aleksandra chirowska

    Eh, ja przeczytalam z zainteresowaniem jedna ksiazke o hygge i nie mam wrazenia ze autor zachecal mnie do kupowania czegokolwiek (wprost przeciwnie). Nie mam tez nic przeciwko modzie na dunskie seriale, dzieki temu kilka dobrych seriali obejrzalam bo gdyby nie ta „moda”, pewnie nie pojawilyby sie w wersji francuskiej. Mieszkam w Belgii i tutaj chyba nie ma az takiego szalenstwa z hygge, widzialam jeden artykul w jakims francuskim kobiecym czasopismie i tyle.

    • Paula

      Tez dobry punkt widzenia :-). Dunskie filmy sa fajne i moze chodzilo o promocje kraju. Co samo w sobie nie jest zle.

    • Paulina

      No to oczywiste, że autor nie napisze na końcu książki: Wyślij sms o treści „hygge” a prześlemy Ci hyggebox. Koszt 120 DKK. To trochę bardziej skomplikowany zabieg marketingowy ;)

    • aleksandra chirowska

      Jeszcze dodam ze w ksiazce zainteresowal mnie tez rozdzial o intro i ekstrawertykach. Poza tym tak sobie mysle ze tak jak drazni Was moda na hygge, mnie drazni wszedzie obecna „atmosfera swiateczna” ktora jest tez w duzej czesci jednym wielkim marketingiem, ja przynajmniej tak to odbieram, i jest to chyba jedyny okres w roku ktorego nie lubie :-(

  • Paula

    Fajnie, ze o tym napisalas z innej perspektywy. A teraz napisze Ci, jak to wyglada tutaj, w UK. Pierwszy raz ze slowem hygge i artykulem na ten temat spotkalam sie moze z miesiac temu, a pozniej to juz poooszlo. Sa artykuly wychwalajace hygge, ksiazki, wywiady o najszczesliwszych w Europie Dunczykach i wychowaniu dzieci według hygge. Poyslalam- ale to super, ale czy moze byc tak idealnie? :D Teraz ciagle o tym pisza, a w sklepach masz osobne dzialy z produktami hygge, glownie swieczki, skarpety, koce itp. Wiadomo. A ja takie rzeczy lubie i uzywam na codzien, po prostu i od zawsze.
    Zawsze znajdzie sie moda na cos. A jak czlowiek podatny, nie zna sie na historii, kulturze, nie jezdzi po swiecie itp to lyknie to szybko. A tutaj w UK takich tez nie brakuje.
    Nie podoba mi sie ta ich przecietnosc. To jak w Polsce troche- nie probuj sie wybic, bo cie zgnoimy i oplujemy. A przecietnosc przeciez nie do konca jest fajna Fajnie zrobic cos innowacyjnego, ponadprzecietnego…
    Swoja droga, marzy mi sie wycieczka objazdowa po Skandynawii. Zamiast wakacji na plazy, bo na razie finansowo nie dam rady na obydwa wyjazdy. Musialabym zrzegynowac z odwiedzin rodziny w Polsce, a to nie wchodzi w gre. Ale pewnego dnia zaplanuje to :-).
    Czekam na kolejny wpis :-). Pzdr.

  • Nie znałam tego słowa i nie wiedziałam, że jest ostatnio popularne… Widocznie nie tę, co trzeba, literaturę czytam, nawet dobrze, bo mało mnie interesują trendy na „kupienie szczęścia”. Ale dziękuję za dobre i racjonalne wytłumaczenie zjawiska.
    Szczerze mówiąc, czytając o „przepisach po prababci”, spotkaniach w gronie rodziny i przyjaciół i tej całej przytulności wyobraziłam sobie raczej staropolski dworek. Przez literaturę głównie tak – przytulnie i rodzinnie – wyobrażam sobie siedziby rodowe średnio zamożnej szlachty z tradycyjnych rodów. W ogóle nie kojarzy mi się to ze współczesnym trybem życia klasy średniej. Mam niejasne wrażenie, że klasa średnia, ta bardziej zamożna, zaczyna zauważać, że kosztem swoich mieszkań w dużych miastach, studiów, odcinania się od „zaściankowej” rodziny, utraciła swoją przeszłość, ten właśnie rodzinny klimat, poczucie bezpieczeństwa wynikające z tego, że wszystkich dookoła się zna. I próbuje jakoś to nadrobić, czymś zastąpić – może właśnie hygge.

  • disqus_TEDIsvII1h

    Świetny, świetny, świetny tekst. Od początku czułam, że to całe hygge, to wielka ściema.

  • zapiski.abstrakcyjne

    Porownanie do reklam margaryny ❤️ trafniej sie niedalo tego ujac :)
    Bardzo ciekawy artykul!

  • lili

    O kurcze, też jestem w tyle. Pierwsze słyszę o tym szaleństwie ;)

  • Matylda

    piękny tekst, aż chciałoby się prosić o Twoją książkę bo artykuł o przeminięciu mody na minimalizm i ten artykuł to majstersztyki, czekam na więcej takich!

  • Cieszę się, że ktoś podjął ten temat z innej perspektywy! W lipcu wróciłam do Polski po studiach w Danii i nagle okazało się, że „hygge” jest wszędzie. Świeczki, poduszki, kocyk… W każdej księgarni książki o „hygge”, w gazetach artykuły (oczywiście opatrzone reklamą różnych potrzebnych do „hygge” przedmiotów), blogerki wstawiają „hyggligt” zdjęcia na Instagrama… A tymczasem to tylko chwyt marketingowy, zbijanie forsy na ludzkiej niewiedzy.
    Niby Duńczycy należą do najszczęśliwszych na świecie, ale mam wrażenie, że też do bardzo… „rozdartych”? Parę osób, które ze mną studiowały bardzo się „spinały”, aby mieć jak najlepsze oceny, jak najlepiej wypaść, żeby dostać potem dobrą pracę, albo żeby udało im się dostać na doktorat. Jeśli przez całe życie wmawiam im się, że nie mają się wyróżniać i wywyższać, to niesamowicie ciężko musi im być połączyć to z chęcią osiągnięcia czegoś więcej.

  • Izabela K.

    Coraz częściej trafiam na artykuły, a raczej peany pochwalne na temat hygge. Już miałam zamiar kupić książkę, ale Twój post mnie otrzeźwił. Chyba nie potrzebuję kolejnego koca, ani dorabiania ideologii do tegoż ;-) Chociaż chętnie przeczytałabym pozycję, która wgłębia się nieco bardziej w kulturę Duńczyków.

    • Polecam „Skandynawski raj – o ludziach prawie idealnych”, którą bardzo lekkim, ze świetnym żartem i ironią napisał Brytyjczyk Michael Booth. Nie jest ona tylko o Duńczykach, a o mieszkańcach całej Skandynawii, co świetnie pokazuje szerszy kontekst. Do przeczytania w kilka wieczorów! :)

      • Izabela K.

        Dziękuję za polecenie! :)

    • Paulina

      Nie ma się w co wgłębiać :) mój mąż, który sam jest Duńczykiem, powiedział, że Duńczycy są nudni. A tak naprawdę to to wgłębianie, może zaprowadzić do przygnębiających wniosków ;) Nie jest tu (w Danii) tak różowo jak to niektórzy malują.

  • Wiesz, nie do końca przekonuje mnie Twoje przekonanie o dychotomii, którą kreują Duńczycy. Ja sama mam wrażenie, że to co teraz się dzieje nie jest kreowane przez nich samych a przez speców od reklamy. Trafiłam nawet na polską markę szyjącą ubrania, która nagle, ni z tego ni z owego, stworzyła kolekcję inspirowaną hygge! Nośna sprawa i wszyscy nagle chcą na niej skorzystać. Jak dla mnie w Danii, samo hygge, wcale nie jest aż tak gadżeciarskie jak jest poza nią :) Ale Twoje spostrzeżenie o rodzinności i otwartości trafne, zwłaszcza otwartość kuleje, bo co do rodzinności nie mam pewności, nie znałam zbyt wielu duńskich rodzin, nie wiem jakie stosunki między nimi panują :)

  • Edyta

    Bardzo zaciekawił mnie Twój wpis. Od jakiegoś czasu widziałam na blogach książki o tytule Hygge i byłam w stanie po nie sięgnąć. Na szczęście nie zdążyłam. I dobrze. Bo z tego co piszesz to zwyczajny chwyt marketingowy. A my się na to nabieramy i wydajemy pieniądze na te bzdury.
    Czekam na kolejne części bajki o hygge ;-)

  • Bernarda

    Bez zadęcia, mądry i szczery artykuł bo „niesponsorowany”. Pozdrawiam i dziękuje Natalio za praktyczne ujęcie tematu,

  • Tak mi się wydawało, że to całe hygge jest przereklamowane. Ciekawe kiedy minie moda na nie? Pewnie wtedy, kiedy blogerki przestaną o tym w kółko mówić :). Dzięki za ten wpis. Pozdrawiam :).

  • W.

    Wartościowy tekst, cieszę się na cały cykl. To dla mnie ważne, że tak dokładnie i od kuchni mogę przeczytać o lansowanym na nowy trend „nurcie”, który jak widać jest tylko marketingiem.

  • Ja nawet kupiłam sobie książkę duńskiej aktorki o hygge, ale sama lektura bardzo mnie rozczarowała. Tekst w niej na poziomie artykułu z prasy okraszony zdjęciami a la Instagram. Biznes się kreci i tyle.Pozdrawiam. :-)

  • Emilia Maciejewska

    Cieszę się, że dzięki Tobie nie muszę się już głowić o co chodzi z hygge. Ani tym bardziej zastanawiać nad zakupami :)
    Zdecydowanie wolę minimalizm a właściwie ten jego aspekt mówiący o użyteczności rzeczy. Bo własnie uświadomienie sobie że to, co robimy jest ważne – nie to, co posiadamy – to klucz do poczucia się naprawdę szczęśliwym.

  • Ubawiłam się czytając Twój tekst, bo wiedziałam, po prostu wiedziałam, że temat hygge jest mocno naciągnięty i tak naprawdę nie jest to nic takiego, czego byśmy nie znali. Bo ja poduszki, herbatę, świece i koce w domu mam od zawsze :) I bez czerpania z duńskiego sposobu na szczęście umiem się z ich udziałem relaksować :) To wszystko jest tak samo napompowane w celach marketingowych, jak chociażby słynny styl skandynawski wystroju wnętrz – najbardziej popularny poza Skandynawią :) Przybijam piątkę i czekam na kolejne wpisy o hygge :)

  • Agata Kułaga

    Z ciekawości przeczytałam Twój artykuł, bo chyba wszystkie recenzje z blogów przeczytałam i powiem, że jak dla mnie najbardziej rzetelnie podeszłaś do tematu. Wszyscy pieją teraz na temat hygge, co jest hygge, jak się zyje w Danii, a możliwe, że nawet nigdy tu nie byli, ale wymądrzają się, jak jest w Danii, jacy są ludzie, dlatego jestem ciekawa dalszej części Twoich wpisów. Czytam książkę Hygge, i jestem rozczarowana na maxa, nic w niej nie ma, przepisy na racuchy, zdjęcia wnętrz, tak jak inne nacje by nie znały słowa przytulność itd., ehh, mogłabym pisać i pisać. POzdrawiam:)

  • Beata Borek

    Ale bzdury wypisujesz, widac od razu ze swoj tekst oparlas na jakis glupich i nieprawdziwych tezach. Co to ma byc, ze Dunczycy nie gotuja??? Akurat mieszkam tutaj juz od dawna i to wlasnie Dunczycy kultywuja domowe posilki, sa swiadomi co jedza a pol produktow praktycznie nie mozna dostac w sklepach. Bo uslyszalas gdzies historyjke na studiach… Ja tez uslyszalam historyjke ze Polacy kradna, i co teraz?
    Twoj tekst ma sie nijak do rzeczywistosci, a juz tekst ze Dunczycy nie maja parcia na rozwoj to zwyczajne klamstwo. Dunczycy sa w czolowce swiata jesli chodzi o innowacje, najwieksza ilosc start-upow, nowe pomysly, to wlasnie jest najwiekszy kapital Dunczykow. Pracowalas tutaj choc w jednej firmie? Ja pracowalam w niejednej i Dunczycy akurat bardzo czesto ksztalca sie cale zycie, robia dodatkowe kursy, nie osiadaja na laurach jak Polacy ktorzy po skonczeniu studiow nie robia absolutnie nic. Co do prawa jante, i tego ze jesli ktos mysli inaczej nie jest mile widziany znowu sie mylisz . Dunczycy sa wlsnie bardzo otwarci i tolerancyjny, to jest kraj gdzie mozna mowic co sie chce i zyc tak jak chce i nikt nikogo nie ocenia. I wiem co mowie bo tutaj mieszkam na stale. Poducz sie dziewczyno b przynosisz wstyd swoim brakiem wiedzy.

    • Paulina

      Ja też mieszkam w Danii i uważam, że to Ty piszesz bzdury. Akurat półproduktów i kiepskiej jakości żywności jest tu mnóstwo a ciężko jest dostać dobre produkty.
      A prawo Jante nie wymysliła autorka bloga tylko Dunczycy (i Norwegowie), sami siebie tak opisują, więc autora bloga nie może się mylić ;)

      • Beata Borek

        Juz nie wymyslaj, Dunskie produky sa o wiele lepszej jakosci niz Polskie, Dunczycy maja tak wysrubowane normy ze PL produkty w zyciu ich nie spelnily. Np w PL nie moglam kupic kosmetykow do pielegnacji niemowlat ktore bylyby bezzapachowe i bez chemii – wejdz sobie do jakiegokolwiek marketu, musialam za nie dopiero zaplacic fortune w aptece, za to w DK w kazdym markecie mozna znalezc dobre produkty bez chemii. W PL masz mnostwo granolowanych slodkich herbatek i konserw, mozna kupic prawie wszystko w sloikach od golabkow po bigos. Jakos nie widzialam tutaj dunskich potraw w takiej ilosci w jakiej my Polacy przetwarzamy nasza zywnosc. Nigdzie nie napisalam za prawo jante wymyslila autorka wiec naucz sie czytac ze zrozumieniem bo to u ciebie lezy i kwiczy. Autorka wypisuje ze: „Myśl tak jak wszyscy. Nie staraj się rozwijać i być lepszym”. To jest akurat najwieksza bzudura jaka slyszalam, bo Dunczycy sa bardzo tolerancyjni i mozesz byc tutaj kim chcesz.

        • Paulina

          Jasne, jasne…
          Du har ret jeg har fred ;)

        • K.

          Jeśli chodzi o naturalne i ekologiczne produkty, to w Polsce jest lepiej niż w wielu krajach. Szczególnie jeśli chodzi o kosmetyki. Taka to chyba mentalność, że głównym zadaniem niektórych emigrantów jest narzekanie na Polskę. A szkoda, bo potem powstaje stereotyp zacofanego, polskiego ciemnogrodu.
          Autorka pisała o swoich spostrzeżeniach i ludzi ze swojego otoczenia, a mieszka w Danii. Nie widzę powodu do irytowania się, że ktoś ma inne zdanie od Twojego. I o wiele przyjemniej byłoby zobaczyć konstruktywną krytykę, niż komentarze w stylu „Kończ waść, wstydu oszczędź”.

  • Anja Trener

    Podoba mi się: ” (…) 37 godzinny tydzień pracy, wolne wieczory i weekendy to po prostu standard.”;-)).

    Nie podoba mi się: „„(…) nie wychylaj się”. Dotyczy to wszystkich mieszkańców Skandynawii, niezależnie od wieku, stanowiska czy jakiegoś widzimisię.”
    Każdy kraj ma swoje wady i zalety;-))!

  • Anja Trener

    Podoba mi się, że opisujesz rzeczywistość tak, jak ją postrzegasz. być może subiektywnie, być może obiektywnie, nie wiem. Mieszkam w Polsce. Fajnie, że pokazujesz świat, w którym funkcjonujesz z Twojego, osobistego punktu widzenia. Co do Hygge, dowiedziałam się o tym dopiero czytając Twój wpis! Ciekawa sprawa.. zastanawiam się jaki „światowy” trend, będzie modny w Polsce?. Co wykreuje nasz marketing? Co podchwycą bloggerzy w nowym roku?;-))

  • Ooo, super, nareszcie. Jak to dobrze, że nie wszyscy dają się złapać na ten cały hygge-marketing.
    Chociaż nie mogę się w pełni zgodzić ze wszystkim, np z tymi płacami – to nie tak, że wszyscy mają tyle samo. Fakt, większość żyje na średnim poziomie, jak byśmy to nazwali z naszej polskiej perspektywy, ale bogatsi też są. I biedniejsi.
    Z gotowaniem też nie do końca mogę się zgodzić – wszystko zależy od osoby. Ci, których stać i którym się nie chce, będą jadać głównie na mieście, kupować gotowe dania, jasne. Ale wielu osobom się chce. W centrum językowym mamy nawet specjalne spotkania, na których gotujemy – po duńsku :)
    Ale generalnie mam bardzo podobne uczucia do Twoich, o czym pisałam też u siebie :)
    Pozdrawiam serdecznie!

  • Świetne! Cieszę się, że poruszyłaś ten temat. Wiedziałam, że z tym hygge jest coś nie tak ;)

  • Mega świetny tekst, super merytoryczny i spostrzegawczy! Przecież u nas też wiemy, jak zrobić, żeby było przytulnie.

    Co nie zmienia faktu, że lubię świece. Wełniane skarpety niekoniecznie, za to mam swojskie góralskie kapcie :)

  • Tak podejrzewałam, że to całe Hygge to po prostu ściema. Masz rację z tym co piszesz, że były Francizki, Koreanki, teraz Dania, a za trochę przyjdzie kolej na coś innego. Zastanawia mnie trochę to co piszesz, że szczególnie angielski rynek jest poddatny na ten marketing. Mieszkam tu już trochę i powiem Ci szczerze, że mam wrażenie, że to zdecydowanie bardziej w Polsce zachłysneliśmy się tą filozofią życia. Tutaj owszem było mnóstow książek w księgarniach o tej tematyce, ale poza tym nie wiele więcej spotkałam – choć to może po prostu dlatego, że temat mnie nieszczególnie zainteresował. Zauważyłam za to, że w Polsce, gdzie nie spojrzysz to wszyscy mówią i piszą o hygge. My Polacy lubimy się zachłystywać wszystkim tym, co obce nie dostrzegając tego, co fajne, miłe i przyjemne mamy u siebie.

  • MsBarka

    Mieszkam od jakiegoś czasu w Szwecji i właściwie każdą rzecz mogę potwierdzić. I to co mi się tu podoba, i to czego mam serdecznie dosyć. Nawet nie wiem czy umiem coś dodać. może tylko to, że jak znowu od kogoś słyszę, że Skandynawia to kraina mlekiem i miodem… to mam już siłę tylko przewrócić oczami. Aaaaa jeszcze z corocznych badań przeprowadzonych przez niewiadomo kogo, na podstawie nie wiadomo jakiej statystyki Skandynawia ma największy odsetek samobójstw na świecie. Ot, takie szczęście. I nikt, kto spędził tu choć jedną zimę nie będzie z depresyjnym nastrojem dyskutował.

  • Marketingowcy potrafią najlepsze zwyczaje i trendy zamienić na pieniądze. Niekiedy na grube pieniądze. Cóż, taki jest ich zawód. Z drugiej strony zarabianie kasy na idei, nie deprecjonuje tej idei. Tylko jak do wszystkiego trzeba podejść z głową, głębszym zrozumieniem, a nie z owczego pędu. Tak jak piszesz „Kserowanie zachowań innych narodowości i kultur, bez chociażby próby zagłębienia się w przyczynę takiej postawy, to raczej budowanie domku z kart”.
    A Dania, pewnie, jak każdy inny kraj, ma swoje blaski i cienie. Mnie bardzo podobały się te małe miasteczka, zadbane, czyste, jednorodne architektonicznie. To że w Kopenhadze, gdy wdrapałem się na jakąś wieżę nie dostrzegłem drapaczy chmur. Życzliwość na wszystkich kempingach, gdzie nocowaliśmy. Z drugiej strony przerażały nadmierne regulacje w niektórych dziedzinach i jedzenie – wszystko kupione w marketach było ekologiczne i dietetyczne i wszystko bez cienia smaku :( A najbardziej rozczuliła mnie podpałka do grila ekologiczna – w żaden sposób nie dało się jej podpalić. Wiadomo – dym, ogień przyczyniają się do ocieplenia klimatu. A kilkadziesiąt metrów dalej płonął przeogromny stos drewna, bo była noc świętojańska, którą Duńczycy uroczyście celebrowali.

  • Jak widzę te kłótnie to nie wiadomo komu już wierzyć.Ta filozofia życia stała się bardzo modna. Ciekawa jestem jej. Muszę poszukać jakiś książek na temat Dani. Polecicie mi coś?

  • Świetny tekst. Dzięki za przybliżenie czym jest to wszechobecne (pseudo)hygge. Poradników – nie tylko tych o hygge – nie czytam, szkoda czasu, ale trochę mnie ten fenomen jednak ciekawił ;) Twoj artykuł bardzo interesujący i z nutką sarkazmu. Super :)

Close