Kaizen to jeden ze sposobów zarządzania, który narodził się w Japonii. Polega on na ciągłym wprowadzaniu drobnych, maleńkich usprawnień, które mają wpływ na jakość i wydajność całego przedsiębiorstwa. Mimo braku diametralnych zmian, wraz z upływem czasu odnotowywane są odczuwalne, bardzo satysfakcjonujące efekty.

Cała ta filozofia może być w łatwy sposób przekuta na grunt domowy. Jeśli należysz do osób, które na samą myśl o wielkich zmianach, dostają gęsiej skórki, to ta metoda może trafić u Ciebie na podatny grunt.

 

Dziś kolejny krok Maratonu Minimalisty. Jeśli jesteś tu po raz pierwszy i nie wiesz o co chodzi – patrzymy tutaj :)

 

Samo słowo kaizen jest połączeniem dwóch japońskich wyrazów: kai, oznaczającego zmianę i zen, tłumaczonego jako dobro. Oprócz zbawiennego wpływu na rozwój przedsiębiorstwa, ta metoda może być również traktowana jako filozofia życiowa, wyrażająca chęć i otwartość do ciągłego doskonalenia.

Wiele osób opiera się wszelkim zmianom w swoim życiu z powodu lęku. Myśl o rewolucji i wywracaniu wszystkiego do góry nogami sprawia, że odpuszczamy sobie jakiekolwiek udoskonalenia. Filozofia kaizen pozwala w pewien sposób wyeliminować ten strach.

Kaizen – co to jest i do czego służy?

Podstawową zasadą kaizen jest stałe podnoszenie jakości produktu, usługi, czy też jak w naszym przypadku – jakości życia. Zgodnie z tym co mówi stare przysłowie:

„Nawet najdłuższa podróż zaczyna się od jednego kroku”

Cały sekret tej metody polega na tym, by zamiast radykalnych zmian, skupić się na tych małych, na rzeczach, które da się zrobić w 5-10 minut. Idzie za tym również głębokie przekonanie, że powolny ale stały rozwój, daje większe efekty niż totalna reorganizacja życia.

Prawda jest taka, że często stosujemy tę metodę zupełnie nieświadomie. Gdyby się nad tym dłużej zastanowić – czy to gdzie teraz jesteś, jest wynikiem jakiejś życiowej rewolucji? Czy raczej sumą, wypadkową wszystkich małych przyjemnych i nieprzyjemnych wydarzeń, które spotkały cię do tej pory? Na pewno były sytuacje, które zakwalifikujesz do tych znaczących, większość jednak to tylko maleńkie decyzje, pomysły, plany i podejmowane kroczki.

Dodatkowo, warto jest uświadomić sobie, że – analogicznie – zamiast czekać na wielką zmianę, lepiej postawić na małe kroki, które zapewniają stały rozwój.

Kaizen to fajna metoda dla osób szalenie ambitnych, które jednak czasem mają problem z osiągnięciem wyznaczonego sobie celu. Bo tutaj nie chodzi o to, by jako cel napisać sobie „schudnę”. Trzeba zastanowić się nad tym, co i kiedy należy zrobić i rozpisać to sobie na małe etapy. Ogromne przedsięwzięcia są jak najbardziej w zasięgu naszej ręki, jednak trzeba rozłożyć je na małe kroki i wszystkie po kolei, sumiennie wykonać. Dodatkowym plusem takiego działania jest to, że zwykle końcowa wizja naszego celu może nas przerażać i przytłaczać, podczas gdy stopniowe wykonywanie kolejnych zadań, to takie „prawie nic”.

Kaizen na co dzień.

Filozofia kaizen może być przydatna praktycznie w każdej sferze naszego życia. Stawiając przed sobą duży cel, zawsze staraj się rozbijać go na mniejsze, łatwiejsze i przyjemniejsze.

Wczesne wstawanie.

Jeśli zwykle wstajesz o 9, ciężko z dnia na dzień pokochać wstawanie bladym świtem. Tutaj również lepiej działać stopniowo i nastawiać budzik np. 5 minut wcześniej każdego dnia. Dzięki temu po niecałych 2 tygodniach będziesz mieć dodatkową godzinę! O tym jak zacząć wcześniej wstawać powstał swego czasu cały, osobny artykuł.

Nauka.

Ucząc się czegoś nowego nie rzucaj się od razu na głęboką wodę i nie staraj się zapamiętać całości. Przyswajaj wszystko krok po kroku. To samo tyczy się chociażby języków obcych. Nie ma sensu się zniechęcać i mówić, że „nigdy nie nauczę się płynnie mówić w tym języku”, albo wykręcać się brakiem czasu. Na naukę można poświęcać nawet 10 minut dziennie. Takie „nic” a daje możliwość nauczenia się wielu nowych słówek. Ponadto codzienny, nawet krótki kontakt z językiem, działa lepiej, niż długie zajęcia raz w tygodniu.

Aktywność fizyczna.

Uważasz że nie masz na nią czasu? Zarezerwuj sobie choć 10 minut każdego dnia. Z czasem możesz to wydłużać. Nawet jeśli żadna dziedzina sportowa Ci nie podchodzi, zdecyduj się chociażby na codzienny spacer.

Zdrowa dieta.

Jeśli na co dzień objadasz się kebabami i pijesz niewyobrażalne ilości coli, to raczej w 1 dzień nie zmienisz się w roślinożercę i to w wersji raw. Tutaj też ważna jest stopniowość. Zacznij na przykład od jedzenia zdrowych śniadań. Jak nie codziennie to choćby 1-2 razy w tygodniu i stopniowo zwiększaj liczbę dni i zdrowych posiłków.

Utrata wagi.

W sumie tak samo jak powyżej. Eliminuj niezdrowe jedzenie stopniowo, pomału wprowadzaj zdrowe zamienniki. Dodawaj aktywność fizyczną.

Oszczędności.

Najlepiej jest najpierw przeprowadzić analizę swoich wydatków po to, by zorientować się, czy są rzeczy na które wydajemy zbyt dużo. Być może znajdą się tam nawet nabytki, bez których spokojnie możemy się obejść. Ograniczaj te wydatki, również bardzo stopniowo. Jeżeli na przykład zawsze kupujesz kawę w biegu, w kawiarni po drodze, zauważ, że po tygodniu uzbiera się z tego całkiem spora sumka. Spróbuj chociażby raz w tygodniu zabierać ze sobą gotowy napój z domu. Stopniowo możesz wprowadzać więcej takich dni.

 

Musimy pamiętać, że powodzenie całej tej metody zależy od naszej konsekwencji i cierpliwości. Rób mały kroczek codziennie, a po tygodniu, miesiącu, roku zobaczysz zaskakujące rezultaty.

Sam/a wyznaczaj sobie cele i decyduj co i kiedy ma się stać. Wprowadzaj wszystko bez pośpiechu, dążąc w ściśle określonym przez siebie kierunku. Dzięki temu rozwój stanie się rzeczą naturalną, odbywającą się prawie bez wysiłku. Zmiany wpiszą się do Twojego życia na stałe, a nie będą tylko przelotną fascynacją i wynikiem słomianego zapału.

Filozofia kaizen to świetny lek na wszystkie wymówki. W końcu 5 minut dziennie znajdzie każdy, prawda? I może na początku to brzmi śmiesznie, bo niby co wielkiego da się zrobić w przeciągu kilku minut. Jednak w skali miesiąca, roku czy całego życia, to już poważny kawał czasu.


Jeżeli spodobał Ci się wpis, to znajdź mnie proszę tutaj:

I dołącz do naszej Tajnej Grupy na Facebooku


Albo zapisz się do darmowego newslettera, aby otrzymywać dodatkowe materiały i treści.


 

  • Ja jestem zwolenniczką takiej właśnie metody małych kroków. Sama zazwyczaj wszelkie zmiany wprowadzam właśnie w ten sposób. Dzięki temu o wiele łatwiej wytrwać mi w nowych nawykach i nie wymagają one ode mnie radykalnych zmian.

  • Jestem fanatyczką pracy nad sobą, co często wpędzało mnie we frustrację. No bo nagle się okazuje że nie jestem w stanie przebiec tych 10km tak jak to sobie obiecałam. Od jakiegoś czasu wyznaczam sobie mniejsze cele, ale z klauzulą, że jeśli nie będę się czuła na siłach, to mam odpuścić. Myślę, że wszystko obraca się wokół dbałości o siebie i o swoje ciało, wyczuwania, co w danym momencie jest potrzebne a co krzywdzące. To jest chyba najtrudniejsze, bo te 10 km może być i uzdrawiające i zgubne. Ale muszę przyznać, że od 2 tygodni prawie codziennie wstaję o 5 i poświęcam godzinę na jogę. Zainspirowałaś mnie;)

    • „Jestem fanatyczką pracy nad sobą” o mamo! :D
      PS cieszę się bardzo, że joga się spodobała :) muszę się wreszcie wziąć za rozwijanie bloga nieco bardziej w tym kierunku :)

  • zocha

    Świetny tekst! <3 ja właśnie w taki sposób nauczyłam się angielskiego, choć muszę przyznać, że długo nie mogłam uwierzyć w to, że… się go nauczyłam ;) ciągle brakowało mi czasu na naukę, więc postanowiłam, że choć trochę czasu codziennie na to poświęcę – wybierałam sobie jakieś fajne blogi i czytałam, a jak nie rozumiałam słówka, to zapisywałam je w zeszycie i tłumaczyłam od razu. Zresztą do dziś tak robię, bo przecież nie znam wszystkich słów :p Jedyny problem wynikał z faktu, że nie wiedziałam, że się tyle nauczyłam i bardzo bałam się pierwszej rozmowy po angielsku – a tymczasem poszło mi super! :) i taką metodę 5-10 min stosuję do porządków – bardzo lubię mieć czysto w mieszkaniu, ale czasem sprzątanie mnie przerasta: powrót do domu po pracy zajmuje mi prawie godzinę, później od razu jest długi spacer z psem i gotowanie obiadu – cały czas aktywnie, średnio zajmuje mi to czas do godz. 18:30-19. I o tej godzinie marzę już o tym, żeby usiąść sobie z książką i poczytać o jakichś roślinach albo ptakach. A tymczasem naczynia aż wysypują się ze zlewu, a wyprane i suche już ubrania błagają o prasownie i złożenie. Więc wprowadziłam sobie… powolne sprzątanie. Np. zmywam dopóki cała suszarka nie jest zapełniona, po czym zostawiam naczynia do wyschnięcia i spędzam czas z ukochanym, zajmuję się swoim hobby lub odpoczynkiem, lub zabawą z psem. Po jakimś czasie, powiedzmy po godz., znów ruszam do sprzątania przez kilka minut, np. chowam wyschnięte naczynia do szafki, myję to co jeszcze zostało itp :)

    PS Jak ja się rozpisałam! Nie za często komentuję wpisy na blogach, które czytam, ale Twój tak mi się podoba, że nie mogę się powstrzymać!

    • z porządkami działam podobnie, myślę że to dobre podejście :) także piąteczka! :)

      PS bardzo mi miło, że komentujesz, dobrze wiedzieć, że jest jakaś interakcja z tymi po drugiej stronie szklanego (czy w sumie plastikowego) ekranu ;)

      • zocha

        Podoba mi się ten pomysł ze wstawaniem o 5 min wcześniej, dziś wypróbowałam :) Bo choć nie śpię do godz. 9 – w tygodniu o 6 muszę być już na nogach, jednak mam ogromy problem, żeby zwlec się z łóżka – nastawiam budzik sporo wcześniej, bo po prostu muszę poleżeć jeszcze w takim półśnie. Ale dziś postanowiłam nie czekać aż drugi budzik zadzwoni o 6, tylko wstać te kilka minut wcześniej – dzięki temu udało mi się pogimnastykować rano ponad 10 min! (a nie jak zwykle tylko 5) jupiii!

  • Znów czuje sie pozytywnie zmotywowana :) Dzieki Natalio! :)

  • Z tym wstawaniem mnie przekonałaś. Ostatnio rzuciłam się na głęboką wodę i zaczęłam wstawać o 6. Normalnie wstawałam około 8. Drugiego dnia byłam zupełnie nieprzytomna i odsypiałam całe popołudnie. Czyli bez sensu… :) Teraz zaczynam wstawać o 7 i mam nadzieję, że jeszcze poprawię ten czas. :)

    • hahah, uwierz mi że też wiele razy przez to przechodziłam, nagły zryw wczesnego wstawania i potem cały dzień bycia zombie :D

  • O rety, czemu dotarłam tutaj dopiero teraz? Idę czytać archiwum. :)

  • Kaizen to też świetna opcja właśnie na sprzątanie: 5 minut to niewiele, a jednak działa. Trzeba tylko pamiętać o swoim własnym tempie: mi ciężko przyzwyczaić się do niektórych nowych sytuacji (tak było ze wstawaniem rano): działało pięć minut wcześniej, ale(!) co drugi/trzeci dzień. Inaczej było mi za szybko :)

  • kaizen jest świetną metodą przynoszącą trwałe efekty. Tylko jest metodą dla cierpliwych i systematycznych. Początkowo nie widać zmiany, co może spowodować zniechęcenie, efekty przychodzą po jakimś czasie.
    Podobno Kaizen wcale nie wymyślono w Japonii, tylko w USA (pod całkiem inną nazwą), a po II wojnie światowej okupacyjna armia amerykańska wdrażała tę filozofię w pokonanej Japonii. Przyjęła się bardzo szybko i bardzo skutecznie, że Japończycy uznali ją za swoją i nadali jej własną nazwę – właśnie Kaizen.

  • Potwierdzam: 5 minut poświęcone na naukę języka to – przy systematycznej pracy – bardzo konkretny postęp :)

Close