„Ci ludzie umierali ze starości. Nic więcej im nie dolegało.”

Czyli o tym dlaczego warto jest myśleć inaczej niż wszyscy. W drodze do ulepszania naszego życia i szukania metod ku temu, warto jest zrobić to, co Stewart Wolf uczynił dla zrozumienia zdrowia. Wyjść poza schemat i robić to czego my sami pragniemy, a nie to, czego wymaga od nas społeczeństwo. Życie mamy tylko jedno i należy przeżyć je na własnych zasadach.

Dziś kolejny krok Maratonu Minimalisty. Jeśli jesteś tu po raz pierwszy i nie wiesz o co chodzi – patrzymy tutaj :)

Roseto Valfortore leży sto osiemdziesiąt kilometrów na południowy wschód od Rzymu na apenińskim pogórzu włoskiej prowincji Foggia. […] W styczniu 1882 roku grupa jedenastu rosetańczyków – dziesięciu mężczyzn i chłopiec – wyruszyła statkiem do Nowego Jorku. […] Rok później kolejnych piętnastu mieszkańców Roseto wyjechało do Ameryki. […] Tak ruszyła istna lawina emigrantów. Tylko w 1894 roku prawie tysiąc dwustu rosetańczyków wyjechało do Ameryki, na zawsze opuszczając rodzinne strony.

Emigranci zaczęli nabywać ziemię na skalistym górskim zboczu połączonym z Bangorem stromą, wyboistą polną drogą. Wzdłuż wąskich uliczek przecinających stok wznosili ciasno obok siebie piętrowe kamienne domy kryte łupkiem. […]

W pobliskim Bangorze przeważała ludność pochodzenia walijskiego i angielskiego, a kolejną miejscowość, Nazareth, zamieszkiwali prawie wyłącznie Niemcy, co – ze względu na napięte w tamtych latach stosunki między Anglikami, Niemcami i Włochami – oznaczało, że Roseto pozostało etnicznie jednorodne. […] stanowiło swój własny, samowystarczalny i prawie nieznany na zewnątrz światek. I pewnie tak by zostało, gdyby nie Stewart Wolf.

Ten lekarz i wykładowca na wydziale medycyny Uniwersytetu Oklahoma, specjalizujący się w chorobach żołądka i zaburzeniach trawienia, lato spędzał zwykle na farmie w Pensylwanii w pobliżu Roseto, chociaż akurat niewiele to znaczyło, bo miasto do tego stopnia stanowiło swój własny, zamknięty świat, że można było mieszkać w sąsiedniej miejscowości i nie mieć pojęcia o jego istnieniu. „Pod koniec lat pięćdziesiątych poproszono mnie o wygłoszenie pogadanki w lokalnym towarzystwie medycznym – powiedział Wolf w późniejszym wywiadzie. – Potem jeden z miejscowych lekarzy zaprosił mnie na piwo i zwierzył się: »Wiesz, jestem lekarzem od siedemnastu lat. Mam różnych pacjentów, ale w Roseto mało kto w wieku poniżej sześćdziesięciu pięciu lat choruje na serce«”.

Wolf nie posiadał się ze zdumienia. Była połowa XX wieku. Leki obniżające poziom cholesterolu we krwi i ogólnokrajowe kampanie na rzecz zapobiegania chorobom układu krążenia miały się pojawić dopiero w odległej przyszłości. Tymczasem choroby serca stały się w Stanach Zjednoczonych prawdziwą plagą. Stanowiły główną przyczynę zgonów mężczyzn w wieku poniżej sześćdziesięciu pięciu lat. Zdrowy rozsądek podpowiadał, że lekarz pierwszego kontaktu po prostu nie mógł nie mieć do czynienia z ludźmi chorymi na serce.

Profesor postanowił zbadać z bliska całą sprawę. Poprosił o pomoc studentów i kolegów z Uniwersytetu Oklahoma. Razem zbierali akty zgonu mieszkańców miasta, sięgając aż do najstarszych zapisów. Analizowali dokumentację medyczną, historie chorób i rekonstruowali drzewa genealogiczne.

Postanowiliśmy przeprowadzić badania wstępne – powiedział Wolf. – Zaczęliśmy w 1961 roku. Burmistrz obiecał, że podeśle nam do pomocy wszystkie swoje siostry, a miał ich cztery. Oddał nam do dyspozycji 21 salę posiedzeń Rady Miejskiej. Zapytałem go, gdzie w takim razie będą urządzali spotkania, a on stwierdził, że odłożą je na jakiś czas. Panie przynosiły nam lunch. Ustawiliśmy kabiny, w których pobieraliśmy krew i robiliśmy EKG. Z gościnności burmistrza korzystaliśmy przez cztery tygodnie, a potem, po rozmowach z władzami, na lato dostaliśmy do dyspozycji budynek szkoły. Zaprosiliśmy na badania całą ludność Roseto.

Wyniki były zdumiewające. U osób w wieku poniżej pięćdziesięciu pięciu lat prawie nie notowano zgonów na atak serca, co więcej, u żadnego z pacjentów w tej grupie wiekowej nie stwierdzono objawów choroby wieńcowej. U mężczyzn, którzy przekroczyli sześćdziesiąty piąty rok życia, śmiertelność z powodu chorób serca była mniej więcej o połowę niższa niż w całych Stanach Zjednoczonych, a łączna śmiertelność ze wszystkich przyczyn okazała się od trzydziestu do trzydziestu pięciu procent niższa niż spodziewana.

myśl poza schematem

Wolf sprowadził na pomoc swojego kolegę Johna Bruhna, socjologa z Oklahomy. „Zatrudniłem studentów medycyny i absolwentów socjologii do przeprowadzania wywiadów. Chodziliśmy od domu do domu i rozmawialiśmy ze wszystkimi mieszkańcami, którzy skończyli dwadzieścia jeden lat” – wspomina Bruhn. Opisywane wydarzenia miały miejsce ponad czterdzieści lat temu, lecz w głosie Bruhna nadal pobrzmiewała nuta zdumienia, gdy opowiadał o dokonanych odkryciach. „Nie było samobójstw, alkoholizmu, uzależnienia od narkotyków, prawie nie było przestępstw. Nikt nie pobierał zasiłków. Zainteresowaliśmy się więc wrzodami układu trawiennego, lecz na nie też nikt się nie uskarżał. Ci ludzie umierali ze starości. Nic więcej im nie dolegało”.

W zawodzie Wolfa istnieje specjalne określenie dla miejsc takich jak Roseto – miejsc nietypowych, w których spotykane gdzie indziej prawidłowości nie mają zastosowania. Roseto znajdowało się poza schematem.

Początkowo Wolf podejrzewał, że mieszkańcy Roseto zachowali pewne nawyki żywieniowe ze Starego Świata, dzięki którym byli zdrowsi niż reszta Amerykanów. Wkrótce przekonał się, że to nieprawda. Potomkowie imigrantów używali do przygotowywania posiłków smalcu zamiast o wiele zdrowszej oliwy z oliwek stosowanej we Włoszech. Pizza w starym kraju składała się z cienkiej warstwy ciasta z dodatkiem soli i oliwy, na którym kładziono pomidory, sardele i cebulę. Pizzę w Pensylwanii przygotowywano na cieście chlebowym, a potem dodawano kiełbasę, pepperoni, salami, szynkę, a czasem nawet jajka. Biscotti i taralli – słodycze jedzone zwykle we Włoszech wyłącznie podczas świąt Bożego Narodzenia i Wielkanocy – w pensylwańskim Roseto spożywano przez cały rok. Gdy Wolf zlecił dietetykom przeanalizowanie nawyków żywieniowych typowego mieszkańca Roseto, okazało się, że aż czterdzieści jeden procent kalorii czerpali z tłuszczów. Mieszkańcy miasta nie mieli też zwyczaju wstawać o świcie, by uprawiać jogę, ani pokonywać biegiem kilku kilometrów dziennie. Rosetańczycy z Pensylwanii sporo palili, a wielu miało kłopoty z nadwagą.

Jeżeli dieta i ćwiczenia fizyczne nie tłumaczyły spostrzeżeń lekarzy, to może genetyka? Wolf zaczął podejrzewać, że skoro imigranci tworzyli zżytą grupę pochodzącą z tego samego regionu Włoch, mogą się poszczycić szczególną konstytucją fizyczną, która chroni ich przed chorobami. Odnalazł krewnych rosetańczyków zamieszkujących inne części Stanów Zjednoczonych, by sprawdzić, czy cieszą się tak samo znakomitym zdrowiem jak ich kuzyni w Pensylwanii. Nie cieszyli się.

Wówczas przyjrzał się okolicom samego miasta. Czy to możliwe, że klimat pogórza wschodniej Pensylwanii był wyjątkowo korzystny dla zdrowia? Dwoma miastami położonymi najbliżej Roseto były Bangor w pobliskiej dolinie i oddalony o kilka kilometrów Nazareth. Oba liczyły mniej więcej tyle samo mieszkańców co Roseto – ciężko pracujących emigrantów z Europy. Wolf zapoznał się z historiami chorób w obu miastach. W Nazareth i Bangorze notowano trzykrotnie wyższą śmiertelność mężczyzn w wieku powyżej sześćdziesięciu pięciu lat z powodu chorób serca niż w Roseto. Kolejna ślepa uliczka.

Lekarz powoli zaczął zdawać sobie sprawę, że sekret dobrego zdrowia mieszkańców miasta nie polega na specjalnej diecie, regularnych ćwiczeniach fizycznych, genach ani na szczególnej lokalizacji. Coś musiało się kryć w samym Roseto. Kiedy Bruhn i Wolf przespacerowali się ulicami miasteczka, zrozumieli, co to takiego. Zauważyli, że rosetańczycy często się odwiedzają, przystają, by pogawędzić ze znajomymi na ulicy, a nawet gotują posiłki dla siebie i dla znajomych. Odkryli rodzinne klany – podstawę tkanki społecznej miasta. Przekonali się, w jak wielu domach pod jednym dachem mieszkają po trzy pokolenia, i jak wielkim szacunkiem darzone są osoby w podeszłym wieku. Podczas nabożeństwa w świątyni Matki Boskiej z Góry Karmel doświadczyli integrującego i łagodzącego wpływu Kościoła. W mieście liczącym zaledwie dwa tysiące mieszkańców funkcjonowały dwadzieścia dwie różne organizacje społeczne. Szczególną uwagę zwrócili na egalitarystyczny etos społeczności, który zniechęcał bogatych do chełpienia się swoimi sukcesami, a gorzej sytuowanym pomagał ukrywać niepowodzenia.

Przeszczepiając na wzgórza wschodniej Pensylwanii kulturę paesani z południowych Włoch, rosetańczycy stworzyli potężną opiekuńczą strukturę społeczną, zdolną do amortyzowania presji współczesnego świata. Zawdzięczali zdrowie miejscu, z którego pochodzili, światu, który stworzyli dla siebie w maleńkim miasteczku na wzgórzach.

Pamiętam, jak pojechałem do Roseto po raz pierwszy i patrzyłem, jak trzypokoleniowe rodziny zasiadają do posiłków. Widziałem piekarnie, ludzi spacerujących po ulicach, siedzących na gankach i zagadujących do siebie, widziałem szwalnie, w których w ciągu dnia pracowały kobiety, podczas gdy mężczyźni wydobywali łupek w kamieniołomach – wspominał Bruhn. – To było niesamowite.

Kiedy Bruhn i Wolf przedstawili swoje odkrycia na forum medycznym, możemy sobie wyobrazić, z jakim sceptycyzmem je przywitano. Na tej konferencji ich koledzy komentowali skomplikowane zależności między długimi kolumnami danych, analizowali rolę takiego czy innego genu lub procesu fizjologicznego, podczas gdy Bruhn i Wolf opowiadali o tajemniczych i magicznych korzyściach płynących z tego, że ludzie zatrzymują się, by porozmawiać z sobą na ulicy, i z tego, że pod jednym dachem mieszkają wielopokoleniowe rodziny. Według ówczesnego stanu wiedzy długość życia w znacznej mierze zależała od tego, kim jesteśmy – to znaczy od naszych genów. Zależała też od naszych własnych decyzji – jak się odżywiamy, jak często ćwiczymy, a także od skuteczności działania systemu opieki zdrowotnej. Nikt nie myślał o zdrowiu w kategoriach społeczności.

Wolf i Bruhn przekonywali medyczny establishment, że należy zupełnie inaczej podejść do zagadnień zdrowia i chorób serca. Wykazali, że nie uda nam się zrozumieć, dlaczego ktoś cieszy się dobrym zdrowiem, jeżeli będziemy się koncentrować wyłącznie na indywidualnych decyzjach lub działaniach danej osoby w oderwaniu od kontekstu. W swoich poszukiwaniach wyszli poza jednostkę. Starali się zrozumieć kulturę, w której wyrosły te osoby, to, kim byli ich przyjaciele i skąd wywodziły się ich rodziny. Doszli do wniosku, że wartości świata, w którym żyjemy, oraz ludzie, którymi się otaczamy, wywierają na nas bardzo głęboki wpływ.

Malcolm Gladwell


poza schematem książka


Pamiętajcie, podążanie czyimiś, wydeptanymi ścieżkami, niekoniecznie zaprowadzi Was tam, gdzie sami pragniecie dojść.

Często na problem należy spojrzeć z zupełnie innej strony, niż zwykliśmy to robić.

Co najważniejsze: nikt nie jest samotną wyspą. Szukajmy oparcia w innych i sami bądźmy oparciem.


Wszystkie pozostałe kroki Maratonu Minimalisty znajdziesz tutaj :)


Jeżeli spodobał Ci się wpis, to znajdź mnie proszę tutaj:

I dołącz do naszej Tajnej Grupy na Facebooku


Albo zapisz się do darmowego newslettera, aby otrzymywać dodatkowe materiały i treści.


 

  • Bardzo ciekawy artykul. Przypomnialo mi to o ksiazce Dan’a Buettner ‚Niebieskie strefy. 9 lekcji dlugowiecznosci od ludzi zyjacych najdluzej’. Poczucie wspolnoty i oparcia to zrodlo sily. Jestrem w trakcie lektury, niestety z dluga przerwa, w tym roku jednak chce do niej powrocic i pare oorad przeniesc do mojego zycia. Nawet kiedys pisalam o tej ksiazce i o Ikigai na swoim blogu.
    Pozdrawiam:)
    P.S.
    Troche nie na temat ;)
    Po fotkach na insagramie widzialam, ze Hamburg sie podobal. Chyba nieswiadomie sie gdzies mijalysmy, takze we Wroclawiu.

    • Muszę rzucić okiem na tę książkę, brzmi ciekawie :) Hamburg się podobał, bardzo bardzo :) żałowałam że tak krótko ;)

  • Świetny artykuł! Jako nałogowa indywidualistka często zapominam o tym, jak bardzo ważni są w moim życiu inni ludzie i że wbrew temu, co czasami o sobie myślę, wcale nie jestem sobie sama „sterem, żeglarzem, okrętem”. Potrzebuję takich wpisów jak ten, aby częściej sobie uświadamiać, że poczucie jedności i wspólnoty z innymi ludźmi wcale nie jest zamknięciem i ograniczeniem, tylko źródłem szczęścia. Dzięki:)

  • Uwielbiam myślenie wybiegające poza schematy. Przybiera to u mnie czasem postać pewnego rodzaju buntu – ktoś tak, ja na odwrót i tak w kółko. Nie dlatego, żeby się pokłócić, ale po to, żeby było ciekawiej, żeby była dyskusja, żeby się czegoś dowiedzieć. Czasem też po to, żeby coś komuś i sobie uświadomić. Lubię też robić inaczej niż wszyscy. Podążać za swoją opinią, zdaniem, pomysłem, zamiast na ślepo robić tak, bo wszyscy tak robią. Ten krok maratonu mam opanowany do perfekcji :)

  • Super ciekawy artykuł, pewnie nigdy bym na niego nie trafila gdyby nie blog.

    P.S może dlatego moja babcia żywiąca sie boczkiem i grzankami pieczonymi na smalcu żyje juz prawie 90 lat? ;)

  • Ta historia potwierdza moje przypuszczenie, że stres jest gorszy niż jedzenie czipsów ;)

Close