„Zdaję sobie sprawę, że łatwo jest dziś znaleźć dietę, która będzie pasowała do tego, na co akurat mamy ochotę, i że diety są nie po to, żeby je mieszać, tylko po to, żeby się ich trzymać, co zamierzam zacząć robić, jak tylko skończę tego czekoladowego croissanta.” Helen Fielding, Dziennik Bridget Jones

Dziennik Bridget Jones to chyba jedyny film który oglądałam więcej niż jeden raz, ratując się nim podczas kryzysu wiele lat temu. Już tak mam, że nie umiem w filmy. Rzadko jestem na bieżąco z nowościami, nawet z klasykami bywa różnie. Jakoś muszę z tym żyć.

Mój informacyjny detoks sprawia również, że często komentuję sprawy z wyraźnym opóźnieniem. Zapewne przez to, że sama zbytnio nie czytam portali informacyjnych. A tym bardziej nie powtarzam i nie rozpowszechniam zasłyszanych tam opinii. Tak samo było w związku z kampanią o macierzyństwie, którą wolałam zamienić na świadome rodzicielstwo.

Wiem, że w większości przypadków temat zawieruchy wokół słodyczy w sklepikach szkolnych już dawno przebrzmiał. Na tapecie mamy teraz Lewandowskiego i uchodźców. I właśnie to jest w tym wszystkim najgorsze, wielkie dyskusje, potyczki, niekończące się komentarze, po to by potem wszystko ucichło, bez wyciągnięcia jakichkolwiek wniosków.

I tak jak nie będę komentować całego cukierkowego zajścia pod kątem ekonomicznym czy politycznym – zostawię to tym mądrzejszym i bardziej zainteresowanym, tak postaram się rzucić okiem na głupotę samej ideologii.

dieta odchudzająca

Dzieci a słodycze.

Nie jestem matką, nie mam nikogo na wychowaniu, nawet kota, dlatego spodziewam się reakcji odnośnie tego, że nie powinnam się wypowiadać na ten temat. Chociaż… mam mężczyzna, to też swego rodzaju zwierzę, więc może choć trochę mnie to usprawiedliwia.

Zacznijmy od tego, że musimy pogodzić się z tym, że większość naszych zachowań zupełnie nieświadomie wynosimy z domu. Dobrze, jeśli są to rzeczy warte naśladowania. Niestety jednak głupie przyzwyczajenia i poglądy również kopiujemy.

Niewątpliwie więc nasz stosunek do ciała, atrakcyjności i jedzenia również stamtąd wynosimy. Oczywiście, jeśli coś jest nie tak, zawsze w późniejszym życiu możemy nad tym pracować, bo wszystko da się zmienić. To że, na przykład, nie akceptujesz swojego ciała i patrząc na siebie w lustrze widzisz ziemniaka z odnóżami, też da się przeskoczyć. Wszystko jednak wiąże się z pracą, a nie dostaniem gotowca na talerzu.

W dużej mierze to właśnie rodzice kształtują stosunek dzieci do jedzenia. Zabraniając, w imię odchudzania lub dając za dużo, bo przecież dziecko jest najmniejsze w klasie, sprawiają, że od najmłodszych lat jedzenie zaczyna kojarzyć się z poczuciem winy lub obowiązku. Najbardziej kontrowersyjną kwestią są zawsze słodycze. Wiele osób uważa, że dzieci powinny dostawać je w nagrodę, po wykonanej pracy czy za dobrą ocenę. To ja się w tym momencie pytam: halo?! co jest?! a czy Twoje dziecko jest osłem, że za przejście z punku A do punktu B dostaje marchewkę? Nie róbmy z dzieci idiotów, bo często są tysiąc razy mądrzejsze od nas. Poza tym wyrządzamy im absolutną i prawie nieodwracalną krzywdę – słodycze będą im kojarzyły się z nagrodą. Zawsze gdy coś uda im się w życiu, będą to świętować czekoladą. A wiadomo że apetyt rośnie w miarę jedzenia, na początku będą 2 kostki a potem 7 opakowań.

dieta

Słodycze z kontrabandy.

Zadaniem rodziców, starszego społeczeństwa i wszelkiego rodzaju instytucji kształcących i kształtujących powinno być uczenie podejmowania świadomych decyzji. A nie wbijanie do głowy schematów, zasłyszanych gdzieś tam i propagowanie ich naśladowania.

W moim rozumowaniu tak właśnie stało się z zakazem cukierkowym. Słodycze i niezdrowe jedzenie tuczą, więc trzeba ich zakazać. Bo nasze społeczeństwo jest grube, a spaślaków to my nie chcemy.

Nikomu jednak nie przyszło do głowy, że dzieci które nie umieją same podejmować właściwych decyzji żywieniowych, zmienią się w dorosłych którzy również tego nie potrafią. W takich zupełnie nie świadomych swojego ciała i potrzeb.

Poza tym jedzenie i słodycze same w sobie to tylko wierzchołek góry lodowej. WSZYSTKO jest dobre w odpowiednich ilościach. To nie słodycze czy niezdrowe jedzenie tuczą ale ich NADMIAR. Jak najbardziej uzasadniane więc wydaje się zadanie sobie pytania: DLACZEGO jemy za dużo. A tu pojawiają się już schody. Mamy stres, strach, niedowartościowanie, samotność, pośpiech, brak uwagi. Łatwiej więc jest czegoś zakazać niż doszukiwać się przyczyny.

Samo zabranianie jest po prostu śmieszne. Zwłaszcza że jeśli nie dostaniemy czegoś na miejscu – czytaj w szkole, dostaniemy to w sklepie za rogiem. Poza tym ci bardziej obrotni, mogą z powodzeniem zająć się handlem „zakazanym towarem”. Wystarczy przypomnieć sobie prohibicję w USA. To że oficjalnie coś nie istnieje, wcale nie oznacza, że tego nie ma.

Jak zawsze najlepiej jest mówić na własnym przykładzie. No to proszę. Gdy byłam mała, mój tata wyjeżdżał do Niemiec. Jak chyba wielu ojców w tamtych czasach. Przywoził zawsze ogrom najróżniejszych słodyczy, o których w Polsce można było tylko pomarzyć. Byłam jedynaczką. Przez długi czas również jedyną wnuczką. Słodyczy zawsze było u mnie pod dostatkiem. Nie byłam otyłym dzieckiem. Bo jadłam słodycze wtedy, kiedy miałam na nie ochotę. A nie jak na nie zasłużyłam, albo jak mama chcąc się mnie pozbyć, dała mi paczkę chipsów na zapchanie się. Otóż nie, jadłyśmy wspólnie, cieszyłyśmy się smakami. Od najmłodszego mama uczyła mnie, by dzielić cię tym, co jem z innymi dziećmi na podwórku. To jest tak trochę jak ze szczęściem – mnoży się je, gdy się je dzieli.

Teraz też nie jestem otyła, mimo iż niczego sobie nie odmawiam. To chyba właśnie ta umiejętność dokonywania wyboru, wbijana do głowy już od zarodka, zaprowadziła mnie tam, gdzie jestem

Nie chodzi tu więc o to, żeby zabraniać, ale nauczyć dokonywania dobrych wyborów. Zresztą trochę o świadomym jedzeniu już pisałam, można łypnąć okiem.

Słodycze? Co to, to nie ja.

Co ważne, my, jako dorośli, przestańmy sami siebie wybielać. Nie wiem czy zauważyliście, ale gdy przychodzi do jakiejkolwiek dyskusji odnośnie jedzenia, nagle okazuje się, że broń Zeusie, ale słodyczy to nikt nie je, czipsów nikt nie tknie, coli nawet nie powącha. Na co dzień tylko bezglutenowe pieczywo, dietetyczna sałatka i ekologiczny jogurcik. A nasze dzieci to już w ogóle, cuda natury, białego cukru ani żelków na oczy nie widziały nigdy.

To ja się po raz kolejny głupio zapytam: w takim razie dla kogo to? Na kogo czekają te wszystkie półki aż uginające się pod ciężarem „niezdrowego asortymentu”? Kto to wszystko je? Personel?

Dalsze pytanie powinno brzmieć: czy naprawdę jesteśmy tak bardzo nieświadomi tego co jemy, czy po prostu za wszelką cenę staramy się oszukać sami siebie? A może po prostu chcemy tak niesamowicie idealnie wypaść przed całą resztą społeczeństwa? Które tak naprawdę ma głęboko w nosie co i jak jemy. Ważniejsze od zawsze było to, z kim śpimy i z kim się rozwodzimy.

jak schudnąć

Dieta – jedyna słuszna.

„Jak wiadomo, najbardziej odchudzającym warzywem jest surowa marchew w całości, spożywana au naturel. Więcej kalorii się traci gryząc ją, niż zyskuje zjadłszy.” – Joanna Chmielewska

Także ten – jak ktoś mi się pyta co ja właściwie jem, a zdarzyło mi się to już kilka razy. Bo niby dobrze wyglądam i czy mogłabym coś polecić, jakąś dietkę, ćwiczonka. To nie wiem, co powiedzieć. Serio.

Z ćwiczeń to odsyłam do jogi. Choć tutaj też, nie ogłupiajmy się, na pewno nie jest to jedyne słuszne rozwiązanie. Każdy jest inny, jeden lubi jak mu grają cyganie, drugi jak mu śmierdzą stopy. Najważniejsze to po prostu wiedzieć co nam służy i się tego trzymać. Lub szukać, jeśli tego nie wiemy.

Co do diety, to nie wiem. Naprawdę. Nigdy nie byłam na żadnej. Nie mam rutyny żywieniowej ani ulubionych produktów. Nie mam czarnej listy, ani rzeczy których pod żadnym pozorem nie tknę. Jem wtedy, kiedy jestem głodna, nie ważne czy jest to dwa razy dziennie czy siedemnaście. I jem to na co mam ochotę. Raz to sałata a raz frytki.  Jem białe pieczywo, jak i to czarne, cukier, sól, czekoladę, słodycze, chipsy, pizzę… czyli wszystko to, przez co należałoby umrzeć. Jem też dużo warzyw i owoców. Możliwe że jestem przez to nijaka. Odbiegająca od norm. Niemodna. Mało trendy, cool i fit. Bo przecież teraz wypada jeść jedynie to, co ładnie wygląda na Instagramie, nasiona chia, jagody goji i migdały. Trudno. Nic na to nie poradzę, że widząc kolejny artykuł pod tytułem: „7 rzeczy które koniecznie musisz jeść codziennie”, to śmiać mi się chce. Bo co, jak nie zjem to umrę?

Wystarczy mi to, że dobrze się czuję i zupełnie nie po drodze mi z otyłością. Za co z tego miejsca mogę podziękować moim rodzicom. A cała reszta, mało mnie obchodzi.

Uwielbiam piec i gotować, przez co słodyczy i dobrego jedzenia raczej mi nie brakuje. Ale tak jak mówię, wszystko z umiarem. Jeżeli niczego sobie nie zabraniam, ciężko żebym nagle ni stąd ni zowąd miała ochotę wtranżolić całą blachę ciasta. Co jest za to zupełnie normalne, a wręcz oczywiste po całodniowej głodówce, albo przy zabranianiu sobie słodyczy.

Co oznacza takie świadome jedzenie?

  • Przede wszystkim jak jem to jem. Nie czytam w tym czasie gazet, nie przeglądam zawartości internetu, nie oglądam filmu.
  • Nigdy nie wychodzę z domy bez śniadania. To już tylko i wyłącznie zasługa mojej mamy, która nigdy przenigdy nie wypuściła mnie do szkoły bez śniadania. Serio. Teraz po prostu jest to dla mnie naturalne, że obudzony ze snu organizm jest i powinien być głodny.
  • Dbam o to jak wyglądają moje posiłki i z czego się składają. Zwykła kanapka też może stać się ucztą dla zmysłów pod warunkiem, że atrakcyjnie ją podamy. Poza tym głupio się opychać i spieszyć gdy na stole wszystko ładnie wygląda.
  • Jak jem, to się nie spieszę. Świat poczeka, a ja w pośpiechu jedyne co mogę, to się udławić. Jem żółwim tempem, serio, niektórzy mnie za to nienawidzą ;) Nie od dziś jednak wiadomo, że im wolniej jemy, tym szybciej się najemy.
  • I co najważniejsze – jem żołądkiem a nie oczami. Często wydaje nam się że mamy ochotę na o wiele więcej i zdecydowanie większe porcje, jednak nasz organizm wcale tego nie potrzebuje. Warto go czasem posłuchać.

Najtrudniej nam uwierzyć w najprostszą prawdę: szczupłość zachowują ci, którzy jedzą z umiarem i pomyślunkiem. Podstawowa zasada to skończyć z bezmyślnym podjadaniem.

odchudzanie

„Dieta” Francuzek, Japonek czy kogo tam chcecie. Jak zawsze niezawodna.

Nie wiem czy interesujecie się w jakiś tam sposób stylem życia we Francji, jednak chcąc nie chcąc, powstało na ten temat wiele książek. Zwłaszcza opiewających piękno, szczupłość i zgrabność Francuzek, jednocześnie stawiając w świetle fakt ich zamiłowania do jedzenia. Dobrego, pełnokalorycznego jedzenia. Nie jakiegoś gunwa typu light czy zero. I to jak dla mnie jedyny nawyk żywieniowy, który można nazwać dietą. Bo dieta to, patrząc nawet za Wikipedią, „z stgr. δίαιτα diaita – „styl życia” – sposób odżywiania. Potocznie często używane nieprawidłowo, w stosunku do diet odchudzających.” Podobne publikacje ukazują się na temat stylu życia w Japonii. Na obie te kultury patrzymy czasem z jakąś zazdrością.

Posiłki są we Francji ważną częścią życia, zarówno prywatnego jak i towarzyskiego. Jednocześnie jest to kraj o jednym z najniższych wskaźników otyłości w Europie, co wydaje się niemożliwe w ojczyźnie pasztetów, bagietek, croissantów i szampana.

A jednak. I sukces tkwi po prostu w najzwyklejszym w świecie nie odmawianiu sobie, dokonywaniu przemyślanych decyzji i umiejętności podniesienia posiłku do rangi rytuału. Jak i też po prostu najzwyczajniejsze w świecie cieszenie się nim.

My też nie dajmy sobie zrobić wody z mózgu kolejną dietą czy superproduktem. Jedzenie ma być przyjemnością i fizjologią, a nie poczuciem winy i obowiązku. I to samo starajmy się już od najmłodszych lat przekazać naszym dzieciom.

Chyba że do końca świata chcemy być jak Bridget Jones i żyć w zawieszeniu pomiędzy kolejną dietą odchudzającą a poradnikiem na temat lepszego życia. Bo w każdym filmie, nawet tym totalnie abstrakcyjnym, zawsze jest jakieś nasze odbicie.

źródło zdjęć: filmweb.pl

plan diety


Jeżeli spodobał Ci się wpis, to znajdź mnie proszę tutaj:

I dołącz do naszej Tajnej Grupy na Facebooku


Albo zapisz się do darmowego newslettera, aby otrzymywać dodatkowe materiały i treści.


 

  • Dokładnie tak. Wg mnie najważniejsze jest właśnie świadome odżywianie. Nigdy nie byłam na żadnej diecie. Nigdy się nie głodziłam itp. Nie liczyłam kalorii. Staram się przygotowywać zdrowe posiłki. Ale też nie pogardzę dobrą pizzą czy innym fast foodem. Co do dzieci to uważam, że nie chodzi o zabranianie ale o uświadamianie. Mam nastolatka(czyli teoretycznie dziecko w najtrudniejszym wieku), którego staram się faszerować zdrowymi posiłkami. Je dużo zdrowych produktów ale je też słodycze. Staram mu się podsuwać te zdrowsze(np. z orzechami). Zdarza mu się też pić colę ale pije też sok z buraków itp.. Nie nosi pieniędzy do szkoły, nie kupuje nic w sklepiku szkolnym. Nie „rzuca” się (jak inni koledzy w klasie) na chipsy, słodycze itp. w szkole bo ma to w domu(taka jest moja teoria). Ale zawsze zabiera drugie śniadanie do szkoły. Do szkoły nosi wodę lub sok, kanapkę z bułki pełnoziarnistej z żółtym serem i sałatą, ogórkiem itp. (takie lubi). Czasem zabiera też knoppersa. Wg mnie ten nowy pomysł na sklepiki szkolne jest raczej nietrafiony. W szkole mojego syna efekt jest taki, że w sklepiku szkolnym teraz nikt już nic nie kupuje.Natomiast obroty w pobliskiej żabce zwiększyły się pewnie o jakieś 1000%. Nie wiem czy o to chodziło tym, którzy to wymyślili. Dzieci i tak na przerwach jedzą drożdżówki, chipsy i batony. Mam też znajomą która zakazuje dzieciom jedzenia chipsów, słodyczy itp. Robi też coś takiego jak słodkie soboty lub fastfoodowe soboty(za dobre oceny, zachowanie). Do tego twierdzi, że jej dzieci nie jedzą słodyczy. Efekt jest taki, że jej dzieci przez cały tydzień szkolny są stałymi bywalcami wspomnianej żabki i kupują co dusza zapragnie. Zgadzam się z nią, że jej dzieci w tygodniu nie jedzą słodyczy. Tak, w domu nie jedzą. Niestety u dzieci(pewnie nie tylko) tak jest, że jak coś jest zakazane to kusi jeszcze bardziej. Dlatego najważniejsze wg mnie jest uświadamianie dzieci co jest zdrowe a co nie. Pozdrawiam,

    • na tym właśnie polega problem – jeśli czegoś zabraniamy, sobie lub dzieciom, to potem kusi zdecydowanie bardziej.

  • Super wpis. Również traktuję jedzenie jako rytuał. W tedy decyzja co zjeść, z czym i kiedy jest przemyślana. Jedzenie potrafi dawać pewnego rodzaju satysfakcję.

  • U mnie jedzenie to też rytuał. Produkty wybieram świadomie, słodycze zjadam, ale duuuuużo rzadziej niż kiedyś. Już nie jestem od nich uzależniona. Moja siostra ma świetne podejście do jedzenia słodyczy przez swoją córkę. Nie potrafię go opisać, ale jest jest na tyle naturalny, że moja siostrzenica wie, że nie są to najlepsze produkty, ale dostaje je kiedy ma już ochotę.

  • Marta i Pies

    Fajny wpis! Moim zdaniem, jest jeszcze jeden powód, dla którego ludzie mają problemy z jedzeniem. U wielu osób ten niezdrowy stosunek do jedzenia wynika ogólnie z niezdrowego stosunku do życia. Brene Brown świetnie pisze o tym w swojej książce „The Gifts of Imperfection”: „Mogę wiedzieć wszystko o zdrowym odżywianiu, ale kiedy przychodzi jeden z tych dni, kiedy Ellen nie daje sobie rady ze swoim projektem do szkoły, Charlie w szkole z internatem ma napady tęsknoty, ja próbuję się wyrobić z terminem na artykuł, Agencja Bezpieczeństwa podnosi poziom zagrożenia narodowego, trawnik mi zdycha, nie mieszczę się w dżinsy, gospodarka upada, Internet wysiada i właśnie skończyły nam worki na psie kupy – zapomnijcie o diecie! Jedyne, czego pragnę, to zabić rosnący we mnie niepokój dyniowymi muffinami, torbą czipsów i czekoladą. […] W takie dni część tego niepokoju wynika po prostu z sytuacji życiowych, ale bywa i tak, że większość mojego strachu wynika z moich własnych oczekiwań wobec siebie. Chcę, żeby projekt Ellen był wspaniały, chcę zająć się Charliem, nie martwiąc się jednocześnie o terminy w pracy. Chcę pokazać światu, jak doskonale godzę życie rodzinne z zawodowym. Chcę mieć piękny trawnik. Chcę, żeby ludzie widzieli, jak zbieramy kupy naszego psa w biodegradowalne woreczki i myśleli sobie ‚Mój Boże! Co za wzorowi obywatele!'”

    Moim zdaniem ten cytat uderza w punkt. Wiele osób ma niskie poczucie własnej wartości. Dlatego chcą być doskonali we wszystkim, dla wszystkich i wszędzie. Nakładają na siebie nierealne wymagania, a kiedy nie są w stanie ich spełnić, kiedy czują się już totalnie bezsilni i wyczerpani, to wtedy wsuwają całą tabliczkę czekolady w poczuciu winy. I tak krążymy sobie jako społeczeństwo między dietą bezglutenową a pochłanianiem 14 muffinów :). I to samo podejście potem przenosimy na dzieci.

    • „I tak krążymy sobie jako społeczeństwo między dietą bezglutenową a pochłanianiem 14 muffinów” cały post w jednym zdaniu :) swoją drogą, muszę rzucić okiem na książkę o której piszesz:)

  • Ja mam 2 letniego synka. W domu nie objadamy się słodyczami, ale czasem one u nas goszczą. I wtedy jemy je na deser po jakimś konkretnym posiłku. I synek też się tego nauczył, że ciasteczko je się po obiedzie, a nie zamiast. Natomiast chipsów i coli nie kupujemy, więc nie ma tego problemu. Ale tak jak napisałaś – we wszystkim potrzebny jest umiar.

  • Pingback: 23. Porządek na biurku. Od czego zacząć i jak się tego trzymać. - simplife.pl()

  • Alicja

    Ja wierzę że organizm sam wie czego mu w danym czasie potrzeba. Dlatego np jeśli mam ochotę na pomidory, to trzeba je jeść bo pewnie jakichś witamin brakuje itp. Choć przyznam że ostatnio przeszłam na dietę „MŻ”, to jedyna słuszna dieta ;P A dziś w końcu zrobię zupę pomidorową z Twojego przepisu ;)

  • Dulfe life

    Dawno nie czytałam tak dobrego tekstu! Gratuluję!

  • karolla

    od niedawna duzo cwicze, wspomagam tez swoj metabolizm suplementem be slim 3, po miesiacu jest mnie mniej o 4kg

  • Sylwiag

    Juz dawno nie czytałam tak fajnie napisanego tekstu, zmotywowalas mnie, faktycznie rodem a Bridget Jones zawsze mowie ze jestem na diecie a za chwile pożeram czekoladowe ciacho, potem kolejne i jeszcze jedno…malutkie ;-) właśnie umiejętności stosowania umiaru mi brakuje. Wspomniano w komentarzach o suplementach diety, co Ty o tym sadzisz, warto wspomóc swoja walke z wałeczkami?

    • osobiście nie wierzę w skuteczność suplementów, moim zdaniem nawet jeśli pomogą doraźnie, to po odstawieniu będzie tylko gorzej. propaganda napędzana przez koncerny farmaceutyczne :)

  • Wow! Fragment o traktowaniu słodyczy jako nagrody mnie powalił! Nigdy noe zdawałam sobie sprawy, że tak jest. Dla mnie jednak największym problemem jest jedzenie z nudów i łączenie jedzenia z daną czynnością. Np. nie jest wążne, że przed chwilą jadłam kolację, bo jeśli teraz siadamy do serialu to przecież czas na słodycze.
    Dziękuję serdecznie za ten i wszystkie inne posty!
    Jadwiga

  • Mario21

    Ja przerzuciłem się na kaplanex, może waga nie spadła o tyle ile założyłem, ale jednak ruszyła i byle do wakacji :D

  • Quazik2

    A co myślicie o odchudzaniu poprzez dietę i środki odchudzające? Co gdyby dodać do naszej diety jakieś suplementy przyspieszające odchudzanie? Korzystam z kaplanexu i w sumie udało mi się zrzucić blisko 8 kilogramów w 2 tygodnie.

Close